Autor: Rafał Pasztelański

Od dziesięciu lat leczę się na depresję. Z różnym skutkiem. Wciąż jednak żyję, co może być najważniejszym wyznacznikiem, że na razie to ja jestem górą. Hydra stała się nieodłączną, choć niechcianą, towarzyszką mojego życia.

Jakoś tak się mnie uczepiła, że od pierwszej wizyty u psychiatry, nie zostawiła mnie na dłużej niż trzy miesiące. I tak siłujemy się dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. I tylko co jakiś czas muszę zmienić magiczne pigułki, po których przez jakiś czas czuję się dobrze. Do pierwszego kryzysu, problemu w rodzinie czy pracy. Choć wiem, że hydra potrafi przyjść bez zapowiedzi. I zmienić wszystko w proch i czerń.

Czasem jest tak, że mam świetny nastrój. Potrafię żartować z byle czego. W głowie rodzą się kolejne pomysły. Czuję, że żyję pełną piersią. Planuję wyjście do kina, może na dobry obiad, porządki w komórce itd. Umawiam się na spotkania ze znajomymi, których w depresji często unikam, aby nie zatruwać ich swoim samopoczuciem. W dobrym nastroju, pełen nadziei na udany tydzień, kładę się spać.

Rano z trudem otwieram oczy. Radość, entuzjazm, chęć życia, siła, gdzieś prysły.  Wszystko zszarzało i wyblakło. Straciło smak. A mnie ogarnia taki ból istnienia, że łkam w poduszkę, tłumiąc mocniejsze spazmy rozpaczy. Łzy ciekną mi z oczu strumieniem. Chcę zniknąć. I przestać czuć ten koszmarny ból, niepodobny do niczego innego. Śpię więc niemal całymi dniami. Budzę się co kilka godzin, aby jak zombie pomaszerować do toalety, czy napić się wody. Ale kiedy podnoszę się z łóżka, od razu pojawia się lęk. Taki paraliżujący. Obecny w każdej komórce mojego ciała. Strach przed tym, że opuszczam „bezpieczne miejsce”. Zmęczony tą „wyprawą” z ulgą wracam do łóżka, do wymiętej kołdry i poduszki. Kryję głowę w poduszkę i w pozycji embrionalnej, staram się jak najszybciej zasnąć. Sen to moja ucieczka. Choć wiem, że zazwyczaj nie przynosi ukojenia. Wracam w nim do wszystkich bolesnych chwil w moim życiu. Często tuż po przebudzeniu czuję się bardziej zmęczony i zdołowany niż przed zaśnięciem.

Ale tylko tak mogę się częściowo wyłączyć z rzeczywistości i przestać myśleć o tym, jak bardzo jest mi źle, jakim jestem nieudacznikiem, jak ogromne obrzydzenie budzi we mnie moje ciało. Zwłaszcza wtedy, gdy widzę całą sylwetkę w lustrze. Jestem przekonany, że beze mnie moim bliskim i znajomym byłoby lepiej. Przestałbym ich zatruwać swoim mrokiem. I tak do późnego wieczora, kiedy organizm buntuje się przed dalszym spaniem, a oczy same się otwierają, choćbym nie wiem jak silnie zaciskał powieki.

Musicie wiedzieć, że depresja śmierdzi. Łóżko szybko zmienia się w barłóg. Bo przez pierwsze dni w dole nie jestem w stanie się wykąpać. To ponad moje siły. Z trudem udaje mi się zmobilizować, aby codziennie wyjść na spacer z moją psiną. Te kilkanaście minut na zewnątrz są dla mnie jak wspinaczka na któryś z ośmiotysięczników. O wyjściu z domu na dłużej do ludzi nawet nie ma mowy. W ciągu dnia nie mam też siły, aby zrobić sobie coś normalnego do jedzenia. Nawet zalanie wrzątkiem chińskiej zupki jest ponad moje siły. Kiedy żona pyta zmartwiona, czy kupić mi coś, co poprawi mi humor, odburkuję, że niczego nie potrzebuję. A potem mam pretensje do całego świata, że nie potrafi się domyślić, czego potrzebuję.

W nocy ogarnia mnie wilczy apetyt. Pochłaniam, co się tylko da. Dopada mnie takie „ciśnienie”, wręcz narkotyczny głód, że potrafię zjeść cały zapas słodkości, jaki znajduje się w domu. I nagle chcę przełamać ten słodki smak pół kilogramem kabanosów, połową kostki żółtego sera czy kilkoma kromkami ciemnego chleba. Wszystko to dzieje się w ciągu tych kilku godzin nocnej bezsenności. Ze świadomością, że za kilkanaście minut zacznę mieć wyrzuty sumienia. Bo miałem o siebie dbać, a tylko tyję. I znajduję pokarm dla hydry. To kolejna słabość, z którą sobie nie radzę.

W objęciach hydry nie jestem w stanie przeczytać choćby strony książki. A przecież normalnie co jakiś czas muszę coś przeczytać. Bo będę chory. A tu klops. Przeczytanie kilku akapitów idzie mi jak reforma służby zdrowia. Nie mówiąc już o pisaniu, które jest moim jedynym źródłem utrzymania. Przez pierwsze dni w mroku nie jestem w stanie nawet uruchomić laptopa. Gdy ucisk hydry słabnie, napisanie krótkiego tekstu zajmuje mi co najmniej kilka godzin. Bo ciągle coś mnie dekoncentruje, coś irytuje. A poza tym mam przekonanie, że efekt finalny będzie co najmniej żenujący. Męczę się więc w nocy, ogłupiając się kolejnym serialem. To też szybko nudzi i pozostaje mi skulić się w łóżku i oszukiwać się, że może zaraz zasnę.

Na szczęście każdy mrok w końcu traci na intensywności. I znów, choć na chwilę pojawia się słońce.

 


 

Pierwsza książka o polskich strażakach.
Często patrzą na śmierć, ale zrobią wszystko, by uratować ludzkie życie.

Nikomu nie ufamy tak bardzo, jak strażakom. Nic w tym dziwnego. Jeśli twój dom stanie w płomieniach, jeśli ucierpisz w wypadku albo zostaniesz uwięziony przez powódź, oni zjawią się na miejscu jako pierwsi. Zawsze gotowi nieść pomoc.
Docierają do miejsc, z których zwykli ludzie chcą jak najszybciej uciec. Są świetnie wyszkoleni, odważni i swoją pracę traktują jak służbę, ale też największą życiową pasję.

Przeczytaj o największych i najgłośniejszych akcjach polskich strażaków. Dowiedz się, jak naprawdę wyglądają ich codzienna praca oraz życie. Poznaj ludzi, których wolałbyś nie potrzebować, ale na których zawsze możesz liczyć.

Rafał Pasztelański

Dziennikarz kryminalny, znawca problematyki zorganizowanej przestępczości. Publikował m.in. w „Życiu Warszawy” i „Wprost”. Obecnie publicysta redakcji internetowej TVP Info. Współautor (razem z żoną Joanną) książek takich jak”Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo” i „Policjanci. Za cenę życia”.