GŁOWA SZUKAŁA PROBLEMU, NAWET KIEDY BYŁO SPOKOJNIE

W ROK SCHUDŁ 63 KILOGRAMY. TO BYŁA DŁUGA DROGA, OKUPIONA DEPRESJĄ I LĘKIEM. „NIE CHODZĘ NA SKRÓTY” ŚPIEWA FILIP METTLER – NIEZWYKLE UTALENTOWANY PIOSENKARZ MŁODEGO POKOLENIA, KTÓRY ZOSTAŁ AMBASADOREM KAMPANII „eMOC+JA” ORGANIZOWANEJ PRZEZ FUNDACJĘ TWARZE DEPRESJI. OPERACJA BARIATRYCZNA, KTÓRĄ PRZESZEDŁ, CZYLI ZMNIEJSZENIA ŻOŁĄDKA, CHOĆ BYWA NAZYWANA „DROGĄ NA SKRÓTY”, TAKĄ NIE JEST. FILIP W SZCZEREJ ROZMOWIE Z ANNĄ MORAWSKĄBOROWIEC OPOWIEDZIAŁ O WŁASNYM DOŚWIADCZENIU DEPRESJI I ZABURZEŃ LĘKOWYCH ORAZ O DRODZE DO REMISJI CHOROBY OTYŁOŚCIOWEJ. 

Anna Morawska-Borowiec: Jesteś pewnie przyzwyczajony do tego, że rozmowy z Tobą zaczynają się od pytania o spektakularną zmianę, o to, jak schudłeś 63 kilogramy. Do tego oczywiście jeszcze wrócimy. Zacznę jednak od pytania o depresję. Kiedy zorientowałeś się, że zachorowałeś? 

Filip Mettler: Rzeczywiście, pytanie o schudnięcie pojawia się prawie w każdej rozmowie. I ono w pewnym sensie łączy się też ze zdrowiem psychicznym. Natomiast jeśli chodzi o moje problemy psychiczne, mierzę się z nimi od około czternastu lat. Zauważyłem, że coś jest nie tak, kiedy mój stres przestał być zwykłym, codziennym stresem. Stał się permanentny. Zaczął przeradzać się w zaburzenia lękowe. Zdiagnozował mi je lekarz psychiatra, do którego zgłosiłem się sam, z własnej woli, bo czułem, że to, co przeżywam, nie pozwala mi już normalnie funkcjonować.

Miałeś wtedy około dziewiętnastu lat?

Tak, mniej więcej tyle.

To był czas, kiedy występowałeś w „X Factorze”. Na oczach całej Polski Kuba Wojewódzki powiedział wtedy: „Fajny z ciebie chłopak. Trochę grubo wyglądasz, ale trudno”. Jakie to miało dla Ciebie znaczenie?

Na pewno nie upatrywałbym w tym jakiejś wielkiej traumy. Przez lata wypracowałem w sobie dużo dystansu do siebie, pewną osłonę. Oczywiście, czym innym jest to, jak reagujemy na zewnątrz, a czym innym to, co odchorowuje nasza głowa. Ale nie powiedziałbym, że tamta sytuacja była dla mnie głównym źródłem problemów. Dzisiaj wiem, że epizody depresyjne, które miałem, były mocno związane z zaburzeniami lękowymi. To lęk był przyczyną wielu trudności. Po prostu bardzo ciężko było mi z nim funkcjonować.

Zanim trafiłeś do psychiatry, jakie objawy zauważyłeś u siebie? Co powodowała depresja, a co zaburzenia lękowe?

Przede wszystkim ogromną trudność w codziennym funkcjonowaniu. Każda, nawet drobna, sprawa urastała w mojej głowie do rangi ogromnego problemu. Nawet wtedy, kiedy w moim życiu było spokojnie i nie działo się nic złego, moja głowa sama szukała czegoś, czym mogłaby się zamartwiać. To powodowało stres na takim poziomie, że bolał mnie brzuch. Leżałem w domu, próbowałem robić ćwiczenia oddechowe, próbowałem wrócić „do żywych”, ale nie mogłem się na niczym skupić. Mój mózg cały czas podsuwał kolejne problemy – oczywiście negatywne. Po latach zauważyłem, że najgorsze były momenty, w których teoretycznie powinienem odpoczywać. Święta, wakacje, spokojniejszy czas. Kiedy nie było bodźców z zewnątrz, moja głowa sama zaczynała produkować negatywne scenariusze. Potrafiłem sobie na przykład przypomnieć, że pięć lat wcześniej komuś nie odpowiedziałem: „dzień dobry”, i zaczynałem się zamartwiać, że ta osoba na pewno jest na mnie zła. Obiektywnie to była błaha sytuacja, bez większego znaczenia, ale we mnie wywoływała ogromny lęk. To naprawdę potrafi bardzo utrudnić życie. Dzisiaj nadal mierzę się z takimi mechanizmami, ale są one dużo bardziej opanowane – dzięki farmakologii i temu, że jestem pod stałą opieką lekarza.

Depresja to często obniżony nastrój, brak energii, utrata zainteresowań, anhedonia, czyli poczucie, że nic nas nie cieszy. To także problemy ze snem, pamięcią, koncentracją uwagi, obniżona samoocena, a czasem również myśli samobójcze. Które z tych objawów pojawiły się u Ciebie?

Właściwie mógłbym powiedzieć, że cały zestaw – oczywiście w różnym natężeniu i na różnych etapach życia. Na pewno obniżona samoocena, brak chęci do działania. Byłem osobą wysoko funkcjonującą w chorobie. Nie pozwalałem sobie na zawalanie spraw zawodowych, ale funkcjonowałem na absolutnym minimum. To nie był dobry moment na rozwój kariery wokalnej ani na to, żeby z odwagą próbować wejść w świat, w którym naprawdę chciałem być. W pewnym momencie musiałem niektóre rzeczy odpuszczać i po prostu funkcjonować tak, żeby przetrwać kolejny dzień.

Depresja jest chorobą wieloczynnikową. Nie powoduje jej jedna, czyjaś, wypowiedź. Znaczenie mają czynniki biologiczne, genetyczne, osobowościowe, psychologiczne, ale też środowiskowe – choćby czas spędzany z telefonem w ręku.

Higiena cyfrowa u mnie leży. Myślę, że właśnie dlatego zostałem ambasadorem kampanii „eMOC+JA”. Uważam, że to ogromny problem. Dzisiaj często słyszy się: „Teraz każdy ma depresję, każdy ma ADHD, każdy ma coś”. A ja odpowiadam: „Tak, bo żyjemy w świecie, który jest bardzo niehigieniczny dla zdrowia psychicznego.”. Nasza codzienność, zwłaszcza cyfrowa, często nie pozwala nam funkcjonować zdrowo. Do tego mamy lepszą diagnostykę, większy dostęp do lekarzy i większą świadomość. Nic dziwnego, że więcej osób mówi o chorobach psychicznych. Kiedyś to był temat tabu. Jeśli chodzi o moją rodzinę, nie wiem, czy ktoś mierzył się z depresją czy zaburzeniami lękowymi. Natomiast, tak jak wiele osób w Polsce, mam w rodzinie przypadki choroby 

alkoholowej. A ona bardzo często bywa powiązana z depresją – czasem jest jej powikłaniem, czasem występuje równolegle. Nie umiem więc powiedzieć, czy u mnie była jakaś dziedziczna predyspozycja, ale gdybym miał szukać, pewnie uznałbym, że ktoś w rodzinie mógł się z podobnymi trudnościami mierzyć.

Czy widzisz w swoim życiu jeszcze inne elementy, które mogły wpłynąć na obniżenie samooceny, trudności z nazywaniem emocji, problemy z nadwagą czy zdrowiem psychicznym?

Na pewno choroba otyłościowa nie pomagała w budowaniu samooceny. Brak akceptacji własnego ciała sprawił, że musiałem obudować się różnymi mechanizmami obronnymi. Często sam żartowałem ze swojego wyglądu i pozwalałem innym na żarty na mój temat. Udawałem, że mam większy dystans do siebie niż tak naprawdę miałem. Z zewnątrz mogło się wydawać, że wszystko jest w porządku, ale ostatecznie to mocno wpływało na moje samopoczucie i psychikę. Jest też wiele takich drobnych zachowań, które osoby z chorobą otyłościową świetnie znają. Na przykład siadanie na kanapie i automatyczne branie poduszki na brzuch, żeby go zasłonić. Robię to do dziś, mimo że nie mam już brzucha do zasłaniania. To są pozornie małe rzeczy, ale jeśli policzymy, ile takich gestów dostosowujących się do świata, wykonuje człowiek każdego dnia, widać, że to nie jest normalna, komfortowa sytuacja.

Podzielę się z Tobą osobistą historią. Moje dziecko w szkole podstawowej na pierwszej wycieczce klasowej miało propozycję wyjazdu do fabryki cukierków, do której go nie puściłam. Rok później – do fabryki czekolady. Na warsztatach w klasie dzieci zamiast szaszłyków z owoców robiły szaszłyki z żelków. Kiedy zwróciłam uwagę, że może warto robić coś zdrowszego, usłyszałam: „W naszej klasie nie ma problemu otyłości”. Ale choćby statystycznie, to niemożliwe. Raport WHO wskazał, że 32% polskich dzieci w wieku 7–9 lat ma nadwagę i otyłość. Co Twoim zdaniem możemy zrobić, żeby zwiększyć świadomość i wrażliwość rodziców oraz nauczycieli?

Wszystko zaczyna się od edukacji. Od dzieciństwa uczymy się określonych zachowań i pewnych automatyzmów. Dzisiaj czuję się dużo lepiej wyedukowany niż kiedyś. Kiedy jestem w trasie i wchodzę głodny na stację benzynową, kiedyś naturalnym wyborem byłby hot dog, batonik albo coś najłatwiej dostępnego. Zresztą wystarczy spojrzeć, jak są ustawione produkty na półkach – żeby znaleźć coś zdrowego, trzeba dobrze poszukać. Trzeba wiedzieć, jakie składniki odżywcze pozwolą nasycić się na dłużej, a nie tylko dać chwilowe poczucie sytości. Dlatego uważam, że edukacja zdrowotna w szkołach powinna być jednym z najważniejszych przedmiotów. Nie mniej ważnym niż biologia czy chemia. Powinniśmy uczyć dzieci, jak zdrowo funkcjonować z własnym ciałem, ale też z własną psychiką. Higiena cyfrowa, higiena osobista rozumiana nie tylko jako dbanie o ciało, ale też o emocje i głowę – to jest absolutnie kluczowe. Bagatelizujemy to, jak ogromny wpływ na dorosłe życie ma to, czego nauczyliśmy się w dzieciństwie.

Wystąpiłeś w spocie kampanii „eMOC+JA” pod hasłem: „AI nie ma emocji. Ty TAK! Zadbaj o nie!”. Co powiedziałbyś młodym ludziom, którzy w kryzysie szukają wsparcia, psychoterapii albo diagnozy w sztucznej inteligencji?

Podoba mi się w tej kampanii to, że ona nie straszy. Nie mówi: „AI jest złe, nie korzystaj, bo zrobi ci krzywdę”. Przeciwnie, mówi: „Korzystaj, ale mądrze”. Nie jestem osobą, która boi się nowych technologii. Jestem z pokolenia, które pamięta szkołę bez telefonów, ale też moment pojawienia się pierwszych smartfonów i Wikipedii. Wtedy też nas straszono, że Wikipedia kłamie i nie wolno z niej korzystać. A prawda jest taka, że można korzystać – tylko trzeba robić to krytycznie i mądrze. Tak samo jest ze sztuczną inteligencją. Jeśli ktoś chce zapytać AI o depresję, może to zrobić, ale po to, żeby znaleźć odpowiednie miejsce pomocy, dowiedzieć się, gdzie zgłosić się do specjalisty. Nie po to, żeby zastępować lekarza, psychologa czy psychoterapeutę. W kryzysie psychicznym potrzebujemy prawdziwego człowieka – osoby wykształconej, predysponowanej do tego, żeby leczyć i wspierać. AI jest narzędziem. Narzędziem bez emocji, które często odpowiada to, co chcielibyśmy usłyszeć. A leczenie wymaga relacji, kompetencji i odpowiedzialności. I tego AI nie zastąpi.

W ramach kampanii „eMOC+JA” mamy wyzwanie: dwa dni bez internetu #offline48h. Czy jako ambasador kampanii rozważysz udział w tym wyzwaniu?

Bardzo chętnie wezmę w nim udział!

Jak zachęciłbyś młodych ludzi, żeby spróbowali odłączyć internet choćby na te dwa dni?

Chciałbym potraktować to jako własny eksperyment. Sprawdzić, ile czasu z mojego dnia konsumuje internet i jak ważnym bodźcem dla mojego mózgu jest scrollowanie mediów społecznościowych. Chciałbym zobaczyć, jak funkcjonuje się bez tego i jak dużym problemem będzie dla mnie odłożenie telefonu.

Nie ma wątpliwości, że realna pomoc specjalistów zdrowia psychicznego, spotkanie twarzą w twarz, jest kluczowe w wychodzeniu z kryzysu. Coraz więcej mówimy o depresji, coraz więcej o niej wiemy. To choroba, z którą mierzy się ogromna część społeczeństwa. Prawidłowe leczenie u dorosłych często wymaga połączenia farmakoterapii i psychoterapii.

Mam wrażenie, że choroby psychiczne nadal bywają bagatelizowane. Osobom, które mówią o swojej chorobie, często wmawia się: „Teraz wszyscy na coś chorują”. Bardzo nie lubię tego sformułowania. Wręcz mnie ono irytuje. Kiedy słyszę:
„O, kolejny z depresją”, to mam ochotę odpowiedzieć: „Tak, kolejna osoba z depresją. I kolejna osoba, która mówi o tym głośno, daje świadectwo tym, którzy też się z tym mierzą, ale być może nadal się wstydzą”. Dzięki większej diagnostyce, dostępowi do psychologów, psychiatrów i wiedzy, coraz więcej osób nazywa swoje problemy. A jednocześnie środowisko, w którym żyjemy, nie sprzyja zdrowiu psychicznemu. Dlatego tych osób jest i prawdopodobnie będzie coraz więcej.

Depresja i otyłość bardzo często idą w parze. Sama jako psycholog skierowałam już kilku pacjentów do lekarza, który zdecydował o wykonaniu operacji bariatrycznej. Wiele osób boi się tej formy leczenia. Czego Ty się bałeś? Jak wyglądała operacja i życie po niej?

Sam fakt poddania się operacji jest przerażający. Pełna narkoza, świadomość ingerencji chirurgicznej, ból i pytania: „Jak będę się czuł? Czy operacja przyniesie efekt? Czy narażenie organizmu na tak dużą zmianę rzeczywiście będzie miało sens?”. Przed operacją nie znałem na nie odpowiedzi. Samo przygotowanie do zabiegu oznaczało konieczność utraty około piętnastu procent masy ciała. Dla osoby z chorobą otyłościową to ogromna praca i duża liczba kilogramów. 

Uważam, że wszystkie niedogodności związane z leczeniem są niczym w porównaniu z tym, co dało mi wejście w remisję choroby. Miałem kilka chorób będących powikłaniami otyłości. Realnie utrudniały mi życie i sprawiały, że nie byłem w pełni sprawny. Po operacji bariatrycznej te powikłania się cofnęły. I to jest najważniejsze. Nie chodzi o wygląd – on jest wtórny. Najważniejsze jest zdrowie: cofnięcie się bezdechu sennego, insulinooporności, dny moczanowej i innych problemów.

Jak dziś radzisz sobie z tym, żeby na stacji benzynowej nie kupić hot doga albo batona?

To bardzo trudny moment w leczeniu choroby otyłościowej. Nie mówię, że pokonałem otyłość. Mówię, że jestem osobą z chorobą otyłościową w remisji. Utrzymanie efektów operacji jest bardzo trudne. Gospodarka hormonalna bywa rozchwiana, trzeba cały czas dbać o higienę życia i odżywiania. Staram się, jak mogę, ale zdarza mi się popełniać błędy. Każdemu się zdarza i nie chcę udawać, że jest inaczej. Mam dziś większą wiedzę. Wiem, co zjeść, żeby utrzymać kalorie na odpowiednim poziomie. Raz wychodzi mi lepiej, raz gorzej. Trudne jest też psychiczne radzenie sobie z wagą – kiedy jednego dnia są dwa kilogramy więcej, a za chwilę dwa mniej. Dla wielu osób to normalne wahania, ale ktoś, kto wiele razy w życiu chudł i tył, odczuwa ten lęk dużo mocniej. Paradoksalnie najtrudniej jest teraz, kiedy efekty już są, kiedy przyzwyczaiłem się do nowego ciała i osiągnąłem docelową masę. W trakcie leczenia spektakularne efekty motywowały. Dziś trzeba po prostu codziennie pilnować siebie i tej choroby.

W pierwszym singlu śpiewasz: „Nie chodzę na skróty”. Co to oznacza?

W tej piosence jest pewien manifest. Osobom, które korzystają z farmakologii albo leczenia operacyjnego choroby otyłościowej, często zarzuca się, że „poszły na skróty”. To duży błąd wynikający z niewiedzy. Operacja bariatryczna nie jest drogą na skróty. Trzeba wykonać ogromną pracę przed operacją i jeszcze większą po niej. Dlatego symbolicznie umieściłem to zdanie w moim pierwszym singlu „Peany”. 

Wiem, że po schudnięciu 63 kilogramów nie wyrzuciłeś całej garderoby. Czy te ubrania są dla Ciebie symbolem choroby?

Tak. W życiu wiele razy chudłem po kilkadziesiąt kilogramów i wiele razy wyrzucałem ubrania. Tym razem miałem w sobie lęk, że może to nie ostatni raz, kiedy będę musiał założyć rzeczy 2XL. Wiele osób mówi mi, że zostawienie tych ubrań to błąd. Ale ja nie trzymam ich po to, żeby do nich wrócić. Trzymam je po to, żeby pamiętać, do czego nie chcę wracać.

Dziękuję za rozmowę.