Siła kobiety w życiu i na scenie

Justyna Sieńczyłło, aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna, dyrektorka warszawskiego Teatru Kamienica. W rozmowie z Anną Morawską-Borowiec opowiada o swoich rolach w życiu zawodowym i prywatnym, o wyzwaniach po stracie bliskiej osoby, o sile, którą czerpie z teatru i relacji z innymi.

Anna Morawska-Borowiec: W najnowszej edycji kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.” przyglądamy się temu, jak różne role, które pełnimy jako kobiety, wpływają na nasze zdrowie psychiczne. Jesteś aktorką, kobietą, bizneswoman, matką… Odgrywasz bardzo wiele ról. Jak wpływają one na Twoje zdrowie psychiczne?

Justyna Sieńczyłło: Szczerze mówiąc to ganię siebie za to, że staram się być dyspozycyjna wobec każdego wyzwania. Czasem nawet żartuję, że jestem jak Irena Kwiatkowska z „Czterdziestolatka”: „żadnej pracy się nie boję”. Tak ukształtowała mnie rzeczywistość. Często w życiu bywa tak, że dopiero pod presją odkrywamy w sobie nowe zasoby, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewaliśmy. I ja jestem w stanie takiego ciągłego „muszenia” – pozwolę sobie stworzyć taki neologizm – cały czas w moim życiu pojawiają się sytuacje, które zmuszają mnie do nieustannego odkrywania nowych umiejętności. A moim największym wyzwaniem pozostaje delegowanie zadań, powinnam się tego nauczyć, bo w dużej mierze robię wszystko sama.

A to – jak się domyślam, jest strasznie trudne i wyczerpujące. Jak sobie z tym radzisz?

Przechodzę różne fazy spadku sił i nastroju po śmierci męża. Kiedy inne wdowy podchodzą do mnie po spektaklach i pytają: „Jak ty to robisz?”, odpowiadam, że odłożyłam żałobę na półkę, musi poczekać, gdyż są sprawy ważne i ważniejsze. Mam pełną świadomość tego, że kiedyś będę musiała ją przepracować, ale teraz życie zmusza mnie do walki o Teatr Kamienica. Musiałam stawić czoła rzeczom niewiarygodnym: jakimś podstępom, interesom, układom i realnemu zagrożeniu. Nadal walczę. Nie poddaję się. Robię to dla tego miejsca, któremu poświęciliśmy życie. Teatr, który był miłością mojego męża Emiliana Kamińskiego i za który zapłacił najwyższą cenę. Najpierw włożył ogromny wysiłek, żeby zbudować to miejsce, a później walczył, żeby mu go nie odebrano – nie boję się tego powiedzieć. Choroba była w dużej mierze skutkiem przewlekłego stresu. Te prawie pięć lat jego walki z rakiem były najtrudniejszym okresem w moim życiu. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takich traum, nerwów, a przecież przeżyłam śmierć mamy, bliskich przyjaciół, ludzi, którzy współtworzyli ten teatr. Niektórzy odchodzili niemal na moich rękach. Ale wiesz, mam takie poczucie, że nie jestem sama. Składam się z tych wszystkich ludzi, którzy byli obok mnie. Niosę w sobie ich cząstkę i moc, którą mi podarowali.

Czy to poczucie misji i odpowiedzialności powoduje, że jesteś taką „Zosią samosią”?

Mam w sobie ogromne poczucie obowiązku, że „muszę dać radę”, bo ostatecznie to na moich barkach spoczywa prowadzenie tego miejsca, z którego utrzymuje się około trzystu rodzin. Tak jak Emilian, ciągle mówię o Kamienicy, a przestałam o sobie. Mnie terapeutyzuje scena. Występ jest moją formą terapii. To tam płaczę i wyrzucam z siebie wszystko, co noszę w głowie, w brzuchu. Dlatego głęboko wierzę, że teatr jest terapią i potrafi leczyć duszę. Wiem to po sobie.

Czy możesz opowiedzieć, jak sztuka pomogła Ci przepracować trudne doświadczenia?

Przepracowuję swoje doświadczenia przez role dramatyczne. „Sceny z życia małżeńskiego” Ingmara Bergmana to była moja terapia małżeńska. Podobnie było z postacią Wiery Gran – kobiety, która zagubiła się w walce o dobre imię. Wiera pod koniec życia zamknęła się przed światem, odizolowała, ale ja już mam tę świadomość i liczę, że tego nie powtórzę. A żałoba? Jest. Jest we mnie, gdzieś głęboko schowana, „wyciągam” ją świadomie poprzez codzienne działania. Zagram spektakl, wykrzyczę emocję i idę dalej. Oddech i do przodu. My, kobiety, podnosimy się po ciężkim dniu jak feniks z popiołów. Emilian zawsze to podziwiał w kobietach. Mawiał: „Panowie, zajmijmy zaszczytne drugie miejsce”. Uwielbiał pracować z kobietami i potrafił je docenić. W naszym teatrze osiemdziesiąt procent zespołu to właśnie kobiety.

Twój monodram „Żyj teraz!”, który można oglądać w Teatrze Kamienica, jest niezwykle poruszający. Oglądałam dwa razy i za każdym razem płakałam. Co w nim jest dla Ciebie najbardziej osobiste?

Ten spektakl powstawał dzięki wielu głębokim rozmowom, pracy z autorką tekstu, terapeutką Barbarą Popławską i z reżyserem Wawrzyńcem Kostrzewskim. To były głębokie rozmowy, wiele spotkań. Nie ukrywam, że ciężko mi było się przygotować do tego spektaklu. Książka Patrycji Pawlik nosi tytuł „Emilian Kamiński. Reżyser marzeń”, bo Emilian tak skutecznie potrafił reżyserować marzenia – swoje i innych. Tym bardziej cieszę się, że po 15 latach udało mi się zrealizować moje wielkie marzenie o sztuce, która porusza, krzepi i inspiruje. Chciałam zrobić przedstawienie, które daje nadzieję i pokazuje, że w każdym z nas tkwi wewnętrzna siła, pozwalająca podnieść się nawet z najtrudniejszych momentów. „Życie jest najwyższą wartością, nie ma nic cenniejszego niż życie” – ta sentencja mojego męża, która widnieje na muralu przedstawiającym Emiliana – stała się inspiracją dla mojego monodramu. Wierzę, że z każdej ciemności, z każdego tunelu można znaleźć wyjście. Naprawdę głęboko w to wierzę i to są prawdziwe przypadki ludzi po przeżyciach bardzo trudnych, ale dające nadzieję. To szukanie nadziei jest cholernie trudne, bo się do tego dorasta, dojrzewa. Dla mnie ratunkiem w wielu kryzysowych momentach jest działanie dla innych. To mój „afrodyzjak”. Czasem wystarczy ugotować komuś rosół, porozmawiać, czy po prostu być obok. To oczywiście nie zastąpi terapii ani leków w depresji, ale może dać impuls. Żyjemy w naszych małych światach i to one nadają życiu sens.

Czy kiedykolwiek doświadczyłaś depresji?

Nie miałam zdiagnozowanej. Choć w sercu noszę rany. Emilian był dla mnie fundamentem, zawsze ogromnym wsparciem. Miał w sobie taką naturalną, życiową mądrość. 

Za co go cenisz najbardziej?

Za przyjaźń, za to, że był częścią mojego szalonego i pracowitego życia. Gdybyś zapytała, czy zaczęłabym wszystko jeszcze raz – nie zmieniłabym ani sekundy. Ale żyję teraz.

Dziękuję za rozmowę.