Maria Seweryn po raz pierwszy mówi o swoim zdrowiu psychicznym w rozmowie z Anną Morawską-Borowiec. Aktorka jest ambasadorką 22. edycji kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.” Fundacja Twarze Depresji zwraca w niej uwagę na zdrowie psychiczne kobiet i na to, jak mnogość ról pełnionych przez panie wpływa na ich dobrostan psychiczny.
Anna Morawska-Borowiec: Jesteś znaną i cenioną aktorką, bizneswoman, mamą trojga dzieci, córką wspaniałych, znanych i cenionych aktorów: Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna – wieloletniego ambasadora naszej kampanii. Jak te wszystkie role wpływają na Twoje zdrowie psychiczne?
Maria Seweryn: Przez lata to się bardzo u mnie zmieniało. Miałam 22 lata, kiedy urodziłam pierwsze dziecko. Byłam osobą, którą kierowały bardziej emocje niż rozsądek, racjonalność, przemyślenia. Nigdy niczego nie planowałam. Szłam na żywioł. Dopiero później zaczęłam nabierać dystansu do siebie, do życia, do moich decyzji. I zaczęłam zdawać sobie sprawę, jak bardzo sobie chwilami nie radzę z tymi wszystkimi rolami, które mam do odegrania w życiu: matki, aktorki… Bardzo długo wydawało mi się, że da się żyć w ciągłym biegu i że to lubię. Nie wyobrażałam sobie, że można inaczej. Uważałam, że jedynym sposobem, żeby się w tym wszystkim odnaleźć, jest dobra organizacja. Z wiekiem nabrałam do tych przemyśleń jeszcze większego dystansu. (śmiech)
Kiedy urodziłam kolejne dzieci, dotarło do mnie, że w ogóle sobie nie radzę. Koszty, jakie poniosłam jako matka, ale też jakie poniosły moje dzieci – koszty mojej ciągłej, naprawdę ciężkiej pracy i nieobecności w domu, są ogromne. Dziś myślę, że to jest niemożliwe, żeby być w pełni spełnioną matką, aktorką i jako osoba, która prowadzi teatr. Życie zawodowe pochłaniało mnie w 150%. Zrozumiałam, że to jest niemożliwe, żebym dała radę połączyć te wszystkie role. I kiedy słyszę kobiety, które mówią, że tak perfekcyjnie łączą wszystkie swoje role, to trudno mi jest w to uwierzyć.
Doba ma tylko 24 godziny, chociaż czasem wierzymy, że ma więcej. Tak niestety nie jest. Jak poukładałaś swoją dobę, by realne w niej było miejsce na pełnienie tych ważnych dla Ciebie ról?
Zaczęłam się zastanawiać, co jest dla mnie ważne, gdzie są moje granice, których nie chcę przesuwać kosztem moich bliskich. Nagle okazało się, że kiedy układany jest grafik prób w teatrze, mogę zaznaczyć w nim, że w czwartki wychodzę wcześniej i okazało się, że świat się nie zawalił, nikt się na mnie nie obraził, nie powiedział, że gorzej się ze mną pracuje. To są drobne rzeczy, które pozwoliły mi poczuć, że mam wpływ na wyznaczanie swoich granic, na to jak żyję, po swojemu. W moim przypadku to była kwestia odwagi, by zawalczyć o siebie i swoje życie. Ale najważniejsza zmiana zaczęła się wtedy, gdy zaczęłam stawiać sobie ważne pytania i prawdziwie szczerze na nie odpowiadać. Doszłam do wniosku, że są takie sytuacje w moim życiu zawodowym, gdy dzieci muszą zaczekać, bo inaczej byłabym nieszczęśliwa.
Nie chciałabym, żeby to, co mówię, brzmiało, że kobiety, dla których praca jest najważniejsza, są złymi ludźmi. Nie! (śmiech) Myślę jednak, że ważne jest, aby sobie samej szczerze odpowiedzieć na pytanie, co w życiu jest ważne, co i kto ma znaczenie i gdzie jest granica.
Kiedy budujemy nasze życie na ważnych wartościach, łatwiej jest nam wtedy odpowiedzieć sobie na te trudne pytania.
Zgadza się. Mogę podejmować przemyślane decyzje i wziąć za nie odpowiedzialność.
Przeszłaś długą drogę, by dojść do tego etapu, w którym jesteś obecnie…
Wiesz, nadal jestem w procesie, wciąż się tego uczę i wciąż zderzam się sama z sobą (śmiech).
Czy korzystałaś z pomocy specjalisty zdrowia psychicznego?
Tak, w pewnym momencie zdecydowałam się na to. Uważam, że zrobiłam to za późno. Zrozumiałam, że chociaż jestem coraz mądrzejsza, coraz bardziej dojrzała, coraz więcej rozumiem, to w moim życiu dzieje się cyklicznie taka sama historia, która jest niekorzystna dla mnie i moich dzieci. Wiąże się to między innymi z ogromnymi emocjami, które mnie zalewają, z którymi sobie nie radzę i konsekwencje tego są fatalne. Zauważyłam, że podobny scenariusz wydarza się w moim życiu w różnych sferach. Zrozumiałam wtedy, że muszę pójść do specjalisty, który pomoże mi profesjonalnie. Decyzja o psychoterapii była dla mnie zbawienna.
Kiedy to było?
To było dobrych kilka lat temu i nadal trwa.
Jakie kluczowe zmiany nastąpiły u Ciebie dzięki psychoterapii?
Tych zmian nastąpiło bardzo dużo. Psychoterapia to proces i trudno o tym mówić. Jednym z elementów tego procesu jest fakt, że zaczęłam być bardziej świadoma siebie, bardziej uważna na siebie i na to, co mówię. Nasza rozmowa jest dla mnie elementem tego procesu. Z przyjemnością podjęłam się tego doświadczenia, bo jestem przekonana, że trzeba mówić o depresji. Bardzo się cieszę, że zaprosiliście mnie do kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję”. Muszę przyznać na początku, że kiedy zaproponowałaś mi przyjęcie roli ambasadorki tej kampanii, pojawił się u mnie lęk. Przestraszyła mnie myśl, że to są „twarze depresji” i zostanę skojarzona jako „twarz depresji”. Ten lęk mnie zastanowił. Zrozumiałam, że jeśli u mnie pojawił się taki opór, to tym bardziej trzeba mówić o depresji, zmierzyć się z tym tematem. Dla mnie osobiście to wyzwanie, by przełamać ten lęk.
Co stoi za tym lękiem? Stereotypy? Twój tata jest naszym wieloletnim ambasadorem, więc nasza kapania w Twojej rodzinie była znana?
Tak, sama się zdziwiłam, wydawałam się sobie osobą otwartą, odważną, tolerancyjną, a nagle temat depresji mnie przestraszył…
Jak brzmiały myśli lękowe, które się pojawiły u Ciebie automatycznie po mojej propozycji?
Bałam się chyba dlatego, że jestem w takim momencie mojego życia, kiedy pozwalam sobie na smutek, kiedy nie dzieje się wokół mnie wszystko na wesoło. Jest taka sztuka „Depresja komika”. Mówi się o klaunach i komikach, że to są najbardziej depresyjni ludzie. I rzeczywiście w naszym środowisku aktorów – ci, którzy najczęściej żartowali, śmiali się i „łamali system”, potem okazywało się, że chorowali na depresję. To mnie przestraszyło, że ten smutek, który jest we mnie, czy też moje doświadczenia towarzyszenia osobie z depresją, nie będą już tylko moje, a staną się publiczne. Pomyślałam wtedy: „ale taka jest prawda o tobie…”.
Myślę, że ludzie boją się mówić otwarcie o depresji, bo jest ona wciąż postrzegana jako słabość i wzbudza u innych lęk. Mam wrażenie, że ludzie obawiają się osób z depresją. Nie wiedzą, jak z tą osobą obcować, jak rozmawiać. To może wynikać też z pewnej delikatności, wrażliwości. Jest też grupa wypierająca depresję, która uważa, że ich to nigdy nie dotyczyło i nie chcą mieć z tym nic wspólnego. Niepokojący jest fakt, że wciąż jest też grupa osób, które w ogóle nie uznają depresji. Uważają, że to tylko wymysł, ucieczka przed stawieniem czoła rzeczywistości. Znam osobę, która mówiła: „Idź umyj schody, to ci przejdzie”, czy też: „Weź się do pracy, to ci pomoże”.
Zdanie z cyklu krzywdzących stereotypów typu: „Weź się w garść”, „Idź pobiegać”.
Tak, to są te najgorsze. Byłam świadkiem depresji bardzo blisko mnie i musiałam sobie z nią poradzić. Wtedy jeszcze nie sięgnęłam po pomoc terapeuty. W pewnym momencie zupełnie przestałam walczyć z depresją u tej osoby. Po prostu w nią… weszłam? Nie wiem, jak to ująć.
Zaakceptowałaś depresję u tej osoby?
Tak, zaakceptowałam. I chyba to był pierwszy krok ku lepszemu. Zawsze byłam gotowa w stu procentach być obecna i dostępna dla tej osoby. Starałam się zdjąć z niej każdą presję, na ile było to możliwe. Chciałabym więcej opowiedzieć, ale nie mogę. Jest taka baśń chyba żydowska, która do mnie wraca, w tym temacie. Pewna rodzina miała nastoletniego syna, który zaczął robić dziwne rzeczy. Rodzice nie radzili sobie z tym. Pewnego dnia rozebrał się do naga. Został tylko w koszuli. Wszedł pod stół i zaczął zachowywać się bardzo dziwnie. Rodzice zupełnie nie wiedzieli, co zrobić. Chodzili z synem do różnych osób po rady. W końcu zaprosili do domu mędrca, który też rozebrał się do koszuli i wszedł pod stół do tego młodego człowieka. U tego chłopca był to pierwszy krok ku zdrowieniu. Uwierzył, że ktoś może go zrozumieć i zaakceptować.
„Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.” – to hasło naszej kampanii, którą organizujemy od 11 lat.
Myślę, że to jest sprawa kluczowa, by nie wywierać presji, by w pełni zaakceptować osobę z depresją. To ważne, by nie naginać siebie na siłę, nie zmieniać. Mówię też o dzieciach.
Jakie objawy depresji pojawiły się u Ciebie?
Nie miałam zdiagnozowanej depresji u lekarza, ale wiem, czym są stany depresyjne. Pamiętam poranek, kiedy leżałam w łóżku i pomyślałam wtedy, że jak przykryję głowę kołdrą, to już nie wstanę. Byłam na krawędzi. Nie nakryłam się kołdrą, bo wbiegło moje dziecko do pokoju i coś ode mnie chciało. Musiałam wstać. Wychowuję dzieci sama. Bolało mnie całe ciało. Nie mogłam myśleć. To był bardzo trudny czas w moim życiu. Wtedy sięgnęłam po pomoc terapeuty i jakoś to przetrwałam.
Ktoś Cię zachęcił do sięgnięcia po pomoc?
Sama sięgnęłam po pomoc, moje dzieci mnie zmotywowały i z perspektywy czasu widzę, że ważne decyzje, które podejmuję, są głównie związane z nimi. Dla nich staram się żyć lepiej i zadbać o siebie.
Problemy ze snem też się pojawiły u Ciebie?
Tak, problemy ze snem wracają do mnie bardzo często. Dziś też jestem bardzo zmęczona, bo myślałam o naszej rozmowie, która jest dla mnie wyzwaniem. To, że jestem teraz bliżej siebie, że jestem bardziej na siebie uważna, wcale nie oznacza, że jest mi dużo łatwiej. Wręcz przeciwnie! (śmiech) Nagle zaczęłam zauważać jesień! W tym roku jesień i zima były okrutne. Chyba pierwszy raz ten sezon jesienno-zimowy tak źle zniosłam… (śmiech)
Zdecydowanie nie Ty jedna. Sezon jesienno-zimowy dla wielu osób wiąże się z nasileniem objawów depresji, z nawrotami tej choroby.
Pierwszy raz czułam się tak zmęczona. Ogarniał mnie straszny smutek i niemoc. Myślę, że miało to związek też z brakiem słońca. Jeszcze kilka lat temu w ogóle nie zauważałam jesieni. Uśmiechałam się na siłę, klepałam się po twarzy, żeby jeszcze mocniej zacisnąć zęby i dać radę.
Zapracowywanie emocji?
Tak, straszne, ale prawdziwe!
Tak szczerze – jak to jest łączyć te wszystkie role kobiece?
Nie chcę powiedzieć, że nie da się być spełnioną zawodowo osobą i „dobrą matką”. Jest to piekielnie trudne. To się chyba tylko wtedy może udać, jeśli obydwie te role, obydwie te kobiety, będą pozwalały sobie na porażki i na słabości, a nie będą superwomen, które zaciskają ciągle zęby, bo inaczej nie dadzą rady. Moim zdaniem od momentu, kiedy zgadzamy się na swoją słabość, zaczynamy być wygrani.
Perfekcjonizm jest jednym z czynników ryzyka wystąpienia depresji.
Na pewno predysponuje do depresji.
Jesteś perfekcjonistką?
Chyba nie jestem perfekcjonistką, ale jestem taką osobą, która nigdy się nie spóźnia. Jak mówię, że coś zrobię, to zrobię na sto procent – kosztem siebie, rodziny, domu, wszystkiego. Bo muszę być słowna i odpowiedzialna. I super, bo to są świetne cechy, które w sobie lubię. Ale w momencie, gdy one przekraczają granice rozsądku, to powoduje istotną krzywdę. Trzeba gdzieś umieć zachować proporcje.
Być wystarczająco dobrą aktorką i mamą…
Właśnie – wystarczająco dobrą. Patrzę z dużym zainteresowaniem na młode pokolenie, które moim zdaniem lepiej dba o siebie i rozumie te proporcje, niż nasze starsze pokolenie, które wciąż zaciska zęby i wciąż gdzieś pędzi. Młode pokolenie przychodzi na rozmowę o pracę i pyta: co oni z tej pracy będą mieli, dlaczego mają ją przyjąć? W takiej sytuacji robimy duże oczy i myślimy sobie, że to oni powinni nam powiedzieć, co będziemy mieli z ich pracy. To pół żartem pół serio, ale widzę, jak bardzo świadomość młodego pokolenia się zmienia. Nie wchodzą w coś, bo muszą, bo trzeba, bo wypada. Wchodzą w coś i patrzą, czy to im służy. Tego powinniśmy się od nich uczyć.
Uczymy się wspólnie nazywania emocji. W Fundacji Twarze Depresji organizujemy kampanię „eMOC+JA”. Zachęcamy do nazywanie emocji od najmłodszych lat. Mówimy o tym, jaką siłę daje nam wyrażanie emocji, podczas gdy ich tłumienie wprost może prowadzić do rozwoju zaburzeń psychicznych. Czy też rozmawiasz ze swoimi dziećmi o emocjach?
Trudny temat. Rozmawiamy o bardzo intymnych sprawach i bardzo szanuję to, że nie naruszasz granic mojej prywatności i moich dzieci. Ale temat jest ważny… Dla aktorki gra w teatrze powoduje, że nie ma cię w domu wieczorami i w weekendy. Wtedy mamy i ojcowie pracujący w większości innych zawodów są w domach ze swoimi dziećmi. To jest ten wolny, wspólny czas większości pracujących dorosłych ludzi. Tego wspólnego czasu z dziećmi było niewiele w moim życiu, a kiedy wracałam do domu o 22.00, to byłam tak zmęczona, że padałam. Nie myślałam wtedy, żeby jeszcze o tej porze porozmawiać z dziećmi. W pewnym momencie zrozumiałam, że dłużej tak nie chcę. Kiedy któreś z moich dzieci nie spało, po moim powrocie z pracy, siadaliśmy przy stole i rozmawialiśmy co najmniej 45 minut. To często były bardzo emocjonujące rozmowy, a czasami o rzeczach, które mnie nie interesowały, bo byłam zbyt zmęczona i czasami opowiadałam coś, aby opowiedzieć, bez większej refleksji. Ale te nasze nocne rozmowy okazały się ważne i przełomowe. Teraz jest to już standardem, że kiedy coś się dzieje w naszym życiu, siadamy razem i rozmawiamy. Często wspólnie podejmujemy decyzje. Wtedy możemy powiedzieć wszystko, nawet najtrudniejsze rzeczy.
To, co było dla mnie największym odkryciem o emocjach, to fakt, że one przechodzą. (śmiech) I wcale nie muszą powodować działań np. żeby natychmiast naprawić sytuację albo żeby emocja zamieniła się w inną, dobrą emocję.
Nie ma złych emocji, choć tak nam w dzieciństwie wmawiano. Wszystkie emocje są tak samo ważne i potrzebne. Wszystkie nam coś komunikują i pełnią ważną rolę.
Tak, mam na myśli trudne emocje. Odkryciem było dla mnie, że jak się nic nie robi z emocjami, to one mijają. Raz szybciej, innym razem dłużej, ale one mijają. Wtedy znów włącza się mózg i można ponownie zacząć myśleć. Największym wyzwaniem dla mnie jest wytrzymać emocje. Nic nie robić tylko spokojnie słuchać. Wytrzymać to. Zaczekać aż opadną i wtedy zacząć coś z tym robić. W emocjach trudno podejmować dobre decyzje. Trzeba je nazywać, ale też przeczekać aż nieco opadną.
Naszego pokolenia nie uczono nazywania emocji, nie mówiąc już o starszym pokoleniu. Dopiero pokolenie naszych dzieci jest pierwszy dorastającym w świadomości świata emocji, w którym ich nazywanie jest czymś normalnym.
To prawda. Nauczyłam się już mówić do dziecka: „Czujesz złość?”. (śmiech) Trochę to dla mnie śmieszne, ale to naprawdę działa. Pozwala mi budować z dzieckiem komunikację zupełnie innej jakości – zdrową. Uczę się przyjmować emocje i to jest bardzo fajne. Emocje przecież są super! Zresztą cieszę się, że mam dostęp do moich emocji. Problemem jest, gdy ludzie nie mają dostępu do swoich emocji, bo tak bardzo je hamują. Nie pozwalają sobie na nie i są tego konsekwencje dla zdrowia psychicznego. Pozwalanie sobie na emocje jest wspaniałe i wszystkich do tego zachęcam.
Co daje Ci siłę łączyć te wszystkie role, które w życiu pełnisz?
Miłość – bardzo szeroko rozumiana. Nie tylko miłość do mężczyzny czy kobiety, czy dzieci. Po prostu miłość do życia. Nie mam innych sposobów. Nienawidzę biegać. (śmiech) Nie lubię być w jakichś kręgach, grupach. Jestem aktorką, więc muszę mieć w sobie ciągłą gotowość do dawania z siebie wszystkiego. Muszę wejść o 19.00 na scenę. Bawić ludzi i dać im z siebie wszystko – niezależnie od tego, w jakim jestem stanie psychicznym czy fizycznym. Ta ciągła gotowość sprawia, że jest to trudny zawód. Ten zawód powoduje też dziwne skrócenie relacji. Spotykamy się z grupą ludzi na potrzeby spektaklu czy filmu i nagle musimy być bardzo blisko siebie, bo taki jest wymóg tej pracy. Czas nas goni i trzeba przekraczać granice – bliskości fizycznej i psychicznej. Ciągłe wspólne rozmowy, wspólny czas. I nagle po premierze wszystko się kończy. Nie jesteśmy już blisko z ludźmi, z którymi byliśmy tak blisko przez ostatni czas. Koniec prób, spotkań i widzimy się już tylko podczas spektaklu.
Siłę w tym wszystkim daje mi większa uważność na siebie. To nie jest egoizm czy egocentryzm. Chodzi o dbanie o swoje bezpieczeństwo psychiczne. I też ważna jest zgoda na to, że coś może nie wyjść. Kilka lat temu reżyserowałam przedstawienie. Po raz pierwszy poczułam, że coś mi się naprawdę bardzo nie udało. Poniosłam straszną porażkę. Odchorowywałam to przez kilka miesięcy. Okazało się, że po tym świat się nie zawalił. Dalej mogę uprawiać ten zawód i czerpać z niego radość. To było bardzo ważne, ale trudne doświadczenie.
Bardzo dziękuję, że podzieliłaś się z nami swoim doświadczeniem. Bardzo doceniam, bo wiem, że było to dla Ciebie trudne.
Dziękuję za zaproszenie do kampanii. To dla mnie ważne. Mam nadzieję, że moja historia może wesprzeć Fundację Twarze Depresji i osoby, które znają dobrze ten temat.
Dziękuję za rozmowę i zachęcam osoby w stanie kryzysu psychicznego do korzystania z bezpłatnej pomocy psychologicznej naszej fundacji. Formularz zgłoszeniowy znajduje się na stronie twarzedepresji.pl.





