PAWEŁ MAŁASZYŃSKI – AKTOR I AMBASADOR FUNDACJI TWARZE DEPRESJI, W ROZMOWIE Z ANNĄ MORAWSKĄBOROWIEC, OPOWIADA O SWOIM KRYZYSIE PSYCHICZNYM, TERAPII, ROLI BLISKICH, WYZWANIACH RODZICIELSTWA ORAZ O TYM, DLACZEGO SZTUCZNA INTELIGENCJA I INTERNET NIE MOGĄ ZASTĄPIĆ PRAWDZIWEJ RELACJI Z DRUGIM CZŁOWIEKIEM.
Anna Morawska-Borowiec: Fundacja Twarze Depresji organizuje kampanię „eMOC+JA”, skierowaną do dzieci i młodzieży. Zachęcamy w niej do nazywania emocji już od najmłodszych lat, bo uważamy, że to niezwykle ważne. Badania pokazują, że tłumienie emocji może prowadzić do zaburzeń psychicznych, a samo odczuwanie emocji – także tych trudnych – jest czymś absolutnie naturalnym. Jak Ty rozmawiasz o emocjach ze swoimi dziećmi?
Paweł Małaszyński: Od zawsze powtarzam swoim dzieciom, że emocji nie wolno dusić w sobie. Niezależnie od tego, czy są szczęśliwe, smutne, rozczarowane czy przestraszone – powinny o tym mówić nam, rodzicom. Nie powinny ich w sobie zamykać. Oczywiście nie chcę generalizować, bo każda rodzina wygląda inaczej i nie każdy rodzic potrafi stworzyć taką przestrzeń. Ale ja zawsze chciałem, żeby moje dzieci wiedziały, że mogą do mnie przyjść. Rodzic jest od tego, żeby wysłuchać, być obok, spróbować zrozumieć. Najważniejsze, żeby dziecko nie zostało samo z tym, co przeżywa.
To prawda. Do gabinetów naszej poradni trafiają dzieci, młode osoby, które mówią, że szukają wsparcia u sztucznej inteligencji. Dlaczego? Bo ona zawsze ma dla nich czas! Dlatego rozmawiają z chatbotem – zwierzają się i radzą. Problem w tym, że AI nie rozpoznaje emocji, nie jest terapeutą, co gorsze, nie ma procedur, nie zabezpieczy człowieka, który zgłasza myśli samobójcze czy zamiar samobójczy. Nie ma też odpowiedzialności prawnej za nieprofesjonalne i niewłaściwe udzielenie wsparcia – w przeciwieństwie do specjalistów zdrowia psychicznego. A realna rozmowa z drugim człowiekiem, nazwanie tego, co się czuje, to podstawa.
Rozmowa bardzo oczyszcza. Tak samo jak płacz. Mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy płaczę, pozbywam się odrobiny bólu – coś ze mnie schodzi – jakby napięcie znajdowało ujście. Kiedy nie ma obok nikogo, próbuję czasem porządkować to w sobie sam. Zadaję sobie pytania, szukam odpowiedzi. Nazywam rzeczy po imieniu. Bo najgorsze, co można zrobić, to udawać, że nic się nie dzieje i dusić to w środku.
Nie ma złych emocji, choć niektóre są rzeczywiście trudne.
Każdy z nas ma swoje „demony”. Dla mnie to często lęki, słabości, bezradność – momenty, w których człowiek nie do końca wie, jak iść dalej. Z czasem zrozumiałem, że wszystko zaczyna się w głowie. A głowa potrafi tworzyć własne scenariusze, czasem bardzo przekonujące. Dlatego tak ważne jest, żeby mieć coś, co przywraca równowagę: rozmowę, terapię, drugiego człowieka. Czasem po prostu obecność kogoś obok. Emocje muszą mieć ujście – spokojne, bezpieczne, w rozmowie. Dobrze, jeśli jest ktoś, kto potrafi po prostu usiąść i wysłuchać, bez oceniania. Nie warto tego w sobie zamykać.
W jaki sposób twoje osobiste doświadczenie kryzysu psychicznego wpłynęło na to, jak dziś nazywasz emocje i jak rozmawiasz o nich z dziećmi?
Rozmawiałem z dziećmi o emocjach jeszcze zanim sam doświadczyłem kryzysu. Ale kiedy to się wydarzyło, byłem zaskoczony tym, jak bardzo można się w sobie pogubić. Zawsze wydawało mi się, że jestem silny. Emocjonalny – tak, ale jednak stabilny. A potem przyszedł moment, w którym ciało i głowa zaczęły reagować inaczej, niż bym się spodziewał. Czułem się jak spłoszone zwierzę. Nie rozumiałem, co się dzieje. W pewnym momencie przyszło zrozumienie, że sam z tego nie wyjdę. Najpierw sprawdziłem zdrowie fizyczne, ale szybko stało się jasne, że trzeba zająć się głową. I wtedy pojawiła się terapia. Nie miałem w sobie oporu przed proszeniem o pomoc. Raczej ulgę, że w końcu mogę ją przyjąć. Ogromnym wsparciem była też moja żona. To bardzo ważne – mieć kogoś, przy kim człowiek nie musi udawać, że wszystko jest w porządku.
Co dała Ci terapia?
Terapia nauczyła mnie, jak wracać do siebie w trudniejszych momentach. One nadal się zdarzają – jak każdemu – ale dziś wiem, co robić, kiedy przychodzą. Mam plan i narzędzia, których wcześniej nie miałem. Dlatego często mówię młodym ludziom: nie bójcie się prosić o pomoc. Nie bójcie się mówić o tym, co czujecie. Najtrudniejsze jest zwykle znalezienie kogoś, komu można zaufać. Blokuje nas wstyd albo nie chcemy obciążać innych. Ale im dłużej to trwa, tym bardziej narasta napięcie, które powoli nas wykańcza.
Kiedy Ty byłeś w kryzysie, sięgnąłeś po realną pomoc – terapię, lekarza psychiatrę, bliskich. Dziś część młodych ludzi sięga po telefon, internet, a coraz częściej także po sztuczną inteligencję. O tym mówimy w naszej kampanii: „eMOC+JA”, której druga edycja odbywa się pod hasłem „AI nie ma emocji. Ty TAK! Zadbaj o nie”. Jak odciągnąć młode pokolenie od ekranów i skierować je po realną pomoc?
To jest trudne pytanie i trudna do odnalezienia odpowiedź, bo nie da się już tego świata odciąć grubą kreską. Telefony, internet, media społecznościowe, sztuczna inteligencja – to nasza codzienność. Ale trzeba pamiętać o jednej rzeczy: AI nie zastąpi człowieka. Nie zastąpi obecności, spojrzenia, rozmowy, ciszy, która też bywa ważna. Rozmawiając z chatbotem, niektórzy mogą poczuć chwilową ulgę – i to nie jest samo w sobie złe. Problem jest wtedy, kiedy ta relacja zaczyna zastępować prawdziwe relacje. Sztuczna inteligencja może być pierwszym krokiem, ale nie powinna być miejscem, w którym człowiek zostaje. W pewnym momencie trzeba wrócić do świata – do ludzi, do specjalistów, do rozmowy twarzą w twarz.
W ramach kampanii „eMOC+JA” organizujemy wyzwanie dla dzieci i młodzieży – #offline48h. Chodzi o dwa dni detoksu od internetu i scrollowania. Mają obserwować swoje emocje, nagrać krótki filmik, opowiedzieć o nich, nazwać to, co się z nimi działo i jakie podjęli aktywności pozytywne dla zdrowia. Co myślisz o takim wyzwaniu?
Wydaje mi się, że taki detoks nie byłby dla mnie problemem. Pamiętam świat bez telefonów i internetu. Dwa dni bez scrollowania? To może być bardzo dobre doświadczenie. Jesteśmy od telefonów zależni – ja też. Nie zaprzeczam. Telefon to dziś centrum naszego życia: zdjęcia, kontakty, kalendarz, wspomnienia. Ale znam też ludzi, którzy świadomie wracają do prostych telefonów. Bez internetu. I myślę, że to ma sens – choćby na jakiś czas. Taki weekend offline może być jak głęboki oddech. Nie dla wszystkich łatwy, ale właśnie dlatego wartościowy.
Kiedy sama brałam udział w tym wyzwaniu, złapałam się na automatyzmie. Rano, w czasie obiadu i wieczorem ręka sama sięgała po telefon, by wejść w media społecznościowe.
Ja miałbym z kolei problem z czymś innym – z wieczornymi nawykami. Lubię podcasty albo prostą grę w telefonie. Media społecznościowe nie są dla mnie aż tak ważne, ale telefon oczywiście jest obecny. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy świat wyglądał zupełnie inaczej: czarno-biały telewizor, dwa programy, telefon stacjonarny. To wszystko mocno siedzi w pamięci. Dziś młodzi mają dostęp do wszystkiego natychmiast. I czasem w tym „wszystkim” łatwo się zgubić. Porównywanie się, idealne obrazy życia, komentarze – to potrafi zostawać w głowie bardziej niż byśmy chcieli.
Z jednej strony mamy ogro-
mne możliwości, o których mówisz, ale z drugiej jesteśmy bombardowani infor-
macjami: wojny, przemoc, kryzysy, katastrofy, złe wiadomości z całego świata. Kiedyś ludzie martwili się o to, czy ich kino osiedlowe będzie w weekend otwarte lub sklepik. Dziś żyją dramatami całego świata.
Żyjemy w globalnej wiosce. Z jednej strony mamy dostęp do wszystkiego, z drugiej – jesteśmy bombardowani informacjami, często bardzo ciężkimi. I pojawia się pytanie: co jest prawdą? Bo żyjemy w świecie, w którym coraz trudniej odróżnić rzeczywistość od jej cyfrowej wersji. To rodzi lęk i niepewność. Ma realny wpływ na psychikę.
Co buduje Twój dobrostan psychiczny? Co wyniosłeś z terapii i własnych doświadczeń?
Dla mnie najważniejsze są: spokój, cisza i dyscyplina. Świadomość ciała i myśli, które przeze mnie przechodzą. I umiejętność zatrzymania się. Nie trzeba cały czas biec.
A co podpowiadasz swoim dzieciom?
Porządek, dbanie o równowagę i uważność na to, co się dzieje w środku. Dialog. Szukanie źródła problemu, zamiast tylko reakcji na niego. Dziś dzieci bardziej niż kiedykolwiek potrzebują naszej obecności – nawet jeśli tego nie pokazują. Muszą wiedzieć, że są bezpieczne na oceanie życia i zawsze mają port, do którego mogą wrócić. Bycie rodzicem to proces, który się nie kończy i uczy pokory. Czasem można tylko być obok. I to naprawdę wystarcza.
Dziękuję za rozmowę.





