Reneta Kim – dziennikarka, szefowa działu „Społeczeństwo” w Newsweeku. Od lat choruje na depresję i mówi o tym jako ambasadorka 22. edycji kampanii społecznej „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję”. W rozmowie z Anną Morawską-Borowiec podkreśla, że leki antydepresyjne uratowały jej życie.
Anna Morawska-Borowiec: Czy łatwo jest już mówić o zdrowiu psychicznym?
Renata Kim: Myślę, że jest jeszcze bardzo dużo wstydu, błędnych przekonań dotyczących zdrowia psychicznego i tego, jak leczyć kryzysy psychiczne. Myślę, że pokutują stereotypy w rodzaju: „Nie pójdę do lekarza psychiatry, bo przecież nie jestem wariatem”. Ciągle jeszcze ludzie używają tego okropnego słowa.
Jako dziennikarka jestem przekonana, że im więcej się o czymś mówi i niejako zmusza się ludzi do tego, żeby zobaczyli problem, zobaczyli ludzi, którzy żyją z tym problemem i opowiadają o nim, tym większa jest szansa na to, że po prostu uznamy ten temat za naturalny jak każdy inny. Może wtedy w końcu minie ten wstyd, który ciągle nam towarzyszy w mówieniu o kryzysach psychicznych i depresji.
Co czujesz, gdy mówisz o depresji?
Jestem zdumiona, że opowiadanie o depresji rzeczywiście budzi we mnie wielkie emocje. Kryzys psychiczny jest niesłychanie rujnującym przeżyciem i dlatego trzeba szukać pomocy. Trzeba naprawdę prosić o pomoc, bo można ją dostać.
Kiedy zdecydowałaś się poprosić o pomoc? Czy był ktoś, kto cię do tego zachęcił?
Bardzo długo wypierałam, że mam aż taki problem. Wydawało mi się, że skoro całe życie sobie radziłam, to tym razem też sobie poradzę. Dopiero moja psychoterapeutka, do której chodziłam ponad trzy lata, powiedziała: „Ty sobie już nie radzisz”. Byłam w szoku. Odpowiedziałam: „Co to znaczy, że sobie nie radzę? Przecież wstaję. Chodzę do pracy. Nie opuściłam ani jednego dnia w robocie. Nigdy nie powiedziałam, że nie napiszę tekstu. I ja sobie nie radzę?”. A ona dodała: “Dobrze, ale ty nie śpisz, nie jesz, ważysz 43 kilogramy i decyzje, jakie w tej chwili podejmujesz, nie są racjonalne. Rozmawiamy trzy lata o twoich problemach. Dokładnie wiesz, co masz robić, a mimo to tkwisz w tych swoich problemach. Nie masz siły się z nich wydobyć”. Wtedy zrozumiałam, że ona ma rację. Była wspaniała, ponieważ znalazła mi bardzo dobrą psychiatrkę, która zaproponowała leki antydepresyjne. Zawsze będę to powtarzała, że te leki uratowały mi życie. Zaczęłam je brać w momencie, kiedy wydawało mi się, że jedynym rozwiązaniem jest nie żyć dalej, bo ja już nie miałam siły żyć.
Miałaś myśli samobójcze?
To nie jest tak, że robiłam jakieś konkretne plany odebrania sobie życia, natomiast rano, w południe i wieczorem towarzyszyła mi myśl: „Nie mam siły już żyć”. Moja rozpacz była tak wielka, że po prostu nie widziałam żadnego rozwiązania. Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy po dwóch, czy trzech tygodniach brania leków antydepresyjnych, po raz pierwszy od wielu, wielu lat, poczułam w okolicach żołądka takie „motyle spokoju”. To była niesamowita ulga. Nie czuć zaciśniętego żołądka, nie drżeć, nie bać się, nie mieć koszmarów sennych i móc znów w nocy spać. Dlatego powtórzę raz jeszcze z pełnym przekonaniem: mnie leki antydepresyjne uratowały życie.
Bardzo ważne to, co mówisz. Bardzo Ci za to dziękuję, bo niestety w mediach wciąż powtarzanych jest bardzo wiele mitów i stereotypów o lekach antydepresyjnych. WHO mówi, że w 2030 roku depresja będzie pierwszą chorobą, z którą będzie zmagała się ludzkość. Nie mam wątpliwości, że już jest, ale właśnie z powodu stereotypów związanych z jej leczeniem i trudnego dostępu do specjalistów, jest najbardziej niedoszacowaną chorobą.
To ważne, że mówimy głośno i otwarcie o lekach antydepresyjnych, które są skuteczne u 70% pacjentów. Jeśli pierwszy lek antydepresyjny nie przynosi oczekiwanej poprawy stanu zdrowia, lekarz psychiatra zapisze drugi lek. Te leki najczęściej pomagają.
Zaczynają działać mnie więcej po 14 dniach, dlatego potrzebna jest cierpliwość.
To prawda. U mnie zadziałały, dlatego tak bardzo niepokoją mnie powtarzane nieprawdziwe informacje, że te leki uzależniają czy są szkodliwe. Przyznam, że na pierwszą wizytę u psychiatry doktora Sławomira Murawca też szłam z nastawieniem pełnym stereotypów, że nie chcę brać antydepresantów, bo się od nich na pewno uzależnię i nie chcę tego. Pan doktor powiedział do mnie wtedy: „A jakby złamała pani nogę, to by poszła pani do lekarza i pozwoliła sobie założyć gips, czy by pani tego nie zrobiła?”. I to jest dokładnie ten argument. Nie potrafimy zrozumieć choroby naszej psychiki, a ona jest po prostu chorobą i trzeba ją leczyć jak każdą inną. W depresji nie ma wyboru, czy brać te leki, czy nie brać, bo może sobie poradzimy. Często jest tak po prostu, że bez tych leków ludzie sobie nie radzą. I to widać w Polsce – mamy gigantyczny problem z próbami samobójczymi.
Każdego dnia 41 Polaków próbuje odebrać sobie życie, a 13 popełnia samobójstwo. Dlatego świadectwa ambasadorek i ambasadorów kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.” są tak ważne. Pokazujecie, że połączenie farmakoterapii i psychoterapii jest najskuteczniejszą drogą leczenia tej choroby. O lekach już mówiłyśmy, a co dała Tobie terapia?
Przede wszystkim dowiedziałam się, dlaczego przez sporą część mojego życia zachowywałam się tak, jak się zachowywałam. Dlaczego lgnęłam do takich, a nie innych osób. Dlaczego szukałam takich, a nie innych rozwiązań moich problemów. Dlaczego wydawało mi się, że wystarczy wypić dwie albo trzy lampki wina, żeby się poczuć lepiej, a nie szukałam przyczyny tego, dlaczego potrzebuję się poczuć lepiej. Krótko mówiąc, terapia dała mi zrozumienie siebie, dlaczego jestem taka, jaka jestem, dlaczego nie da się uciekać od faktu, że jak się pochodzi z domu, w którym był alkohol i przemoc, i człowiek wchodzi w dorosłe życie bez poczucia własnej wartości, tylko z wiecznym lękiem, którego nie umiem nazwać, to któregoś dnia eksploduje. Dowiedziałam się też, że przez całe życie byłam osobą bardzo energiczną, idącą od zadania do zadania, wiecznie uśmiechniętą, pokazującą w swoich mediach społecznościowych zdjęcia z zawodów sportowych, a z drugiej strony byłam osobą głęboko przerażoną życiem. Terapia nauczyła mnie też, że trzeba prosić o pomoc. Kiedy dzieje się źle, trzeba krzyczeć: „Potrzebuję pomocy”. Najpierw krzyczałam do moich przyjaciółek. Mam szczęście, że mam bardzo mądre przyjaciółki, zawsze stojące koło mnie. Jedna z nich jest psychoterapeutką, więc jak cokolwiek się dzieje dramatycznego w moim życiu, mówię: „Dziewczyny, potrzebuję z wami porozmawiać” albo „Potrzebuję z wami popłakać”. I one zawsze są.
Tego też się już nauczyłam: system wsparcia w pracy. Rok temu miałam bardzo trudną sytuację zawodową, kiedy połowa świata politycznego mówiła, że to jest mój koniec i że się skompromitowałam. Wiedziałam, że nie, ale nie bardzo miałam jak to udowodnić. Wtedy powiedziałam w pracy, że potrzebuję profesjonalnej pomocy. Osoba, która odpowiada u nas za zdrowie psychiczne pracowników, po prostu wzięła mnie na sesję i rozmawiałyśmy o tym, co się stało, co to dla mnie oznacza, dlaczego nie powinnam dać się zmiażdżyć tym wszystkim opiniom, które widzę na swój temat, tylko jednak wierzyć w to, co zrobiłam i wiedzieć, że napisałam prawdę. To mi bardzo pomogło. W naszej pracy w chwili kryzysu można poprosić o sesję z psychoterapeutą. Jak cokolwiek się dzieje, czuję się źle, od razu proszę o pomoc. Nie mam żadnego wstydu. Mój szef też wie, że to, że ja mam teraz kryzys, nie znaczy, że nie napiszę tekstu. Po prostu w tym momencie potrzebuję pomocy i to nie ma przełożenia na to, jakim jestem pracownikiem. Więc to jest kolejna rzecz, którą bym chciała ludziom przekazać – to, że mamy depresję, nie znaczy, że jesteśmy do niczego. Po prostu chorujemy, jesteśmy słabsi, potrzebujemy pomocy, ale to ciągle jesteśmy my i nasza siła polega na tym, że mówimy: „Okej, teraz jest ze mną bardzo źle, dajcie mi pomoc, a ja potem wrócę do zwykłego życia i będę pracować tak, jak pracowałem”.
Co daje Ci siłę? Jaką rolę odgrywa aktywność fizyczna?
Jest niesłychanie ważna! Ten czas, kiedy biegam, kiedy idę na trening taekwondo, to czas, kiedy nie myślę o problemach. Nie myślę o rzeczach trudnych, o hejterach, o tych, którzy piszą, że jestem najgłupszą osobą na świecie i powinnam zniknąć z jego powierzchni. Na treningu jestem ja i endorfiny, które płyną z uprawiania sportu. Miłe jest poczucie, że jestem razem z innymi ludźmi, którzy też lubią aktywność fizyczną, że się wspieramy, świetnie bawimy i śmiejemy. Problemy wrócą po treningu, bo one zawsze są. Każdy z nas je ma. Natomiast sport jest bardzo skuteczną metodą, żeby rozładowywać trudne emocje i dostarczać sobie hormonów szczęścia. Oczywiście nie można wierzyć, że sport rozwiąże nam wszystkie problemy. On tego nie zrobi. Natomiast na pewno dodaje energii, sprawia, że lepiej czujemy się fizycznie i psychicznie, lepiej wyglądamy, a to wszystko sprzyja zdrowieniu i odzyskiwaniu siły.
Dziękuję za rozmowę.





