Siła w słabości

Trzecia rano. Zofia* obudziła się z uczuciem ciężaru w piersiach. Jej mąż i synowie jeszcze spali. Ona leżała w ciemności. Patrzyła w sufit. Myślała o tym, jaka jest słaba, że znowu zawiodła i że na nic dobrego nie zasługuje. W jej głowie jak mantra pojawiało się pytanie: „Co ze mną jest nie tak?”. Tak od dłuższego czasu wyglądała jej każda noc.

Zofia była główną księgową w dużej firmie. Miała wspierającego męża oraz dwóch synów w wieku szkolnym. O mężu mówiła, że był jej przyjacielem. Atrakcyjna, zadbana czterdziestolatka odnosząca sukcesy w pracy. Można by rzec: „Czego chcieć więcej?”.

Od kilku miesięcy Zofia miała poczucie, że „wszystko ją przerasta”, że coś, co kiedyś stanowiło zadanie do rozwiązania – teraz urasta do rangi katastrofy. Zaczęło się niepozornie: zmęczenie, brak cierpliwości, brak siły na rzeczy, które do tej pory robiła bez wysiłku. Tak jakby ktoś systematycznie zabierał jej energię. Nic nie sprawiało jej przyjemności, nawet ulubione robótki ręczne. Potem straciła ochotę na spotkania ze znajomymi, częściej płakała, a w pracy miała problemy z koncentracją i obwiniała się o wszystko.

Na terapię przyszła, bo jak stwierdziła: „Jest beznadziejną matką i księgową. Z niczym nie daje rady”. W pracy działała na autopilocie, zadaniowo, uśmiechała się do współpracowników, uczestniczyła w spotkaniach. Jej ból był perfekcyjnie maskowany. Pozornie wszystko było jak dawniej. Tylko ona czuła, że gaśnie po cichu, bez krzyku, bez wołania o pomoc, w samotności. Zauważyła, że częściej popełnia błędy w podliczeniach i niestety zauważył to też jej szef, co poskutkowało pierwszym w życiu upomnieniem. 

Gdy mąż z chłopcami wyjeżdżał na zajęcia sportowe, Zofia siadała na podłodze w pokoju i patrzyła w jeden punkt. Jej ciało coraz częściej przypominało o sobie: bólem głowy, żołądka czy drżeniem rąk. Właściwie zanim Zofia przyznała sama przed sobą, że jest źle, ciało już o tym wiedziało. Negatywne myśli, które powodują trudne emocje u Zofii, mają wpływ na reakcję ciała. Zofia miała poczucie jakby na jej plecach pojawił się niewidzialny plecak z kamieniami.

Zamiast słowa: „Cierpisz”, powtarzała w myślach: „Przesadzasz, przecież masz dobrze. Nie wydarzyła się żadna tragedia. Masz rodzinę, pracę…”. Wtedy pojawiało się to okropne poczucie winy. Bo jak wytłumaczyć fakt, że boli, skoro nie ma powodu? Gdy mąż pytał: „Czy wszystko OK?”, zawsze odpowiadała: „Pewnie!”.

Na spotkaniu z terapeutką usłyszała, że to depresja. Poczuła ulgę i przerażenie zarazem. Depresja często jeszcze brzmi jak wyrok, etykieta, której się nie chce mieć przy swoim nazwisku. A przecież to jedno z najczęstszych zaburzeń na świecie. W jej głowie depresja była oznaką słabości. Gdy usłyszała o farmakoterapii, odmówiła, bo bała się uzależnić od leków. Dopiero gdy zrozumiała, że depresja ma podłoże biologiczne i nie są to tylko „błędy myślowe”, zdecydowała się skorzystać z pomocy psychiatry i wziąć leki antydepresyjne, które są bezpieczne i nie powodują uzależnienia.

Pierwsze tygodnie były trudne, chwilowe gorsze samopoczucie, wątpliwości i lęk. Aż w końcu coraz większa cisza w głowie, powolny, małymi krokami powrót do pasji, spacerów. A potem znowu gorsze chwile, bo nastoletni syn Zofii doświadczał trudności: depresja matki i jego okres dojrzewania. Nie radził sobie z trudnymi emocjami. Wyrażał je wpadaniem we wściekłość. Czy Zofia znów pomyślała: „Jestem złą matka, to moja wina?”. Nie! Na terapii nauczyła się nie interpretować swojego chwilowego spadku nastroju jako porażki.

Punkt zwrotny nie wydarzył się jednak spektakularnie. To było kilkanaście miesięcy ciężkiej pracy Zofii i terapeutki. Dziś Zofia już wie, jak być uważną na swoje potrzeby i zaopiekować się sobą bez poczucia winy. Już wie, że jej depresja nie była oznaką słabości. Zachorowała, bo zbyt długo starała się za wszelką cenę być silna. Terapia polegała m.in. na zmianie negatywnych wzorców myślenia, zachowania i nauce technik radzenia sobie ze stresem. To pomogło kobiecie odzyskać kontrolę nad własnym życiem oraz radość z codziennych aktywności.

* Z uwagi na obowiązującą mnie tajemnicę zawodową, historia Zofii nie jest opisem sytuacji konkretnej pacjentki. Jest inspirowana wieloma historiami kobiet chorujących na depresję, z którymi prowadziłam psychoterapię. Zależy mi na tym, by lepiej mogli Państwo zrozumieć tę chorobę.

Izabela Podlecka-Kandyba