11. Przede wszystkim nie szkodzić… sobie

Spojrzałem na listę zapisanych na dziś pacjentów i zauważyłem nieznane mi nazwisko. Zajrzałem do dokumentacji. Pani Krystyna była już na wielu wizytach w poradni – za każdym razem u innego lekarza – ostatnio dwa miesiące temu. Została rozpoznana u niej depresja nawracająca, kolejny epizod depresji o nasileniu umiarkowanym i zalecono leczenie farmakologiczne, czyli lek przeciwdepresyjny. Lek skuteczny, choć dość rzadko stosowany – nie tak zwanego „pierwszego wyboru”.

Kiedy Pani Krystyna pojawiła się na wizycie, chciałem zapytać o samopoczucie i dotychczasowe leczenie. „Mam już dość opowiadania za każdym razem wszystkiego od początku. Wszyscy lekarze pytają o to samo! Już to opowiadałam” – powiedziała. Rzeczywiście, żadne nazwisko lekarza nie powtarzało się w dokumentacji. Zapytałem o to. Pani Krystyna odpowiedziała pytaniem: „A jakie to ma za znaczenie?”, a potem wyjaśniła: „Przychodzę, jak mi zabraknie leków albo, gdy się gorzej czuję. Teraz też mi zabrakło leków i jest fatalnie. Strasznie mi się pogorszyło.” Opowiedziała mi, że miała też takie momenty, że po miesiącu brania leku nagle przez tydzień przestawała go przyjmować. To zdecydowanie za szybko! Nie można tak w sposób nieplanowany i nie uzgodniony z lekarzem przerywać leczenia. Pani Krystyna wyjaśniła mi, że wielokrotnie przerywała zalecone leczenie przeciwdepresyjne: „Jak tylko zrobiło się lepiej byłam pewna, że sama sobie poradzę.”.

fot. Fundacja „Twarze depresji”

Z wywiadu lekarskiego wynikało, że pacjentka jest osobą samodzielną. Ma nawyk kontrolowania siebie, swojego życia oraz otoczenia. Przyjmowanie leków przeciwdepresyjnych było więc dla niej problemem, bo uważała że może i chce sobie poradzić sama ze wszystkim i „tylko na sobie polegać”. Stąd te przerwy w leczeniu. Nie chciała przyjmować leków, które już brała, chociaż wystawiała im wysoką ocenę. Twierdziła, że jej pomagały. Działanie ostatnio przepisanego leku oceniała jako „znakomite” – szybko jej pomógł. Nie miała działań ubocznych, bardzo szybko była w stanie wrócić do aktywności, które pochłaniały ją przez lata. „Wie pan, ja sobie wszystko biorę na głowę. Wszystkimi się zajmuję. Mam tysiące spraw. Nigdy nie mam czasu dla siebie. Nie umiem odpoczywać. Tak jest zawsze. Najpierw nawkładam sobie tysiąc rzeczy na głowę, a potem już nie daję rady. Załamuję się, poddaję. Wszystko się wali. Wpadam w dół, beznadzieję, leżę w łóżku i płaczę. Wtedy idę do lekarza. Leki mi pomagają. Ale potem znowu wszystko robię tak samo, wszystko na mojej głowie.”. Na sugestię o podjęciu psychoterapii Pani Krystyna zareagowała protestem. Stwierdziła, że nie potrafi rozmawiać o sobie, a poza tym nie wierzy „w gadanie”. Przez większość naszego spotkania przekonywałem ją, żeby powróciła do przyjmowania leku, którego nie brała od tygodnia, i żeby zapisała się na konsultację psychologiczną.

Leki przeciwdepresyjne to jedna z najskuteczniejszych substancji leczniczych stosowanych w całej medycynie. Pomagają. Badania pokazują, że nawet 70% pacjentów odnosi korzyść z pierwszej próby leczenia. O takich współczynnikach, lekarze wielu specjalności mogą tylko marzyć. Są jednak pewne warunki tego sukcesu. Nie można przerywać leczenia „jak tylko poczuję się lepiej”. Przy pierwszym epizodzie depresji czas ten powinien wynosić od 6 do 9 miesięcy, a przy kolejnych nawet dłużej. Co ważne leki „wyciągają z dołka” depresji, ale druga faza leczenia – psychoterapia – należy i zależy już do samego pacjenta. Pani Krystyna nie zauważała tego, że jej sposób życia, podchodzenia do samej siebie i do zadań życiowych, przyczynia się do pogorszenia jej samopoczucia i do załamań. Rozpoczęcie psychoterapii, aby coś zmienić w sobie i nie powtarzać starych błędów – to już zdanie osoby leczonej.

Nie można leczyć się chaotycznie i zdając się na przypadek. Pani Krystyna chciała kontrolować wszystko, a traciła kontrolę nad swoim leczeniem i życiem.

8. Nasi wolontariusze – razem możemy wiele!

 

DOŁACZ DO NAS!

Od 3 marca 2020 roku działa biuro naszej redakcji przy ul. Smulikowskiego 4 w Warszawie (w ośrodku Fundacji „PO DRUGIE”). Jesteśmy tam do Waszej dyspozycji w każdą środę od 10.00 do 14.00 i w każdą ostatnią środę miesiąca od 14.00 do 18.00. Serdecznie zapraszamy zarówno wolontariuszy, jak i darczyńców, bez których zaangażowania nie udałoby nam się to wszystko, czym od lat się zajmujemy.

Razem możemy dużo zmienić.

Fundacja „Twarze depresji” postanowiła rozwinąć kampanię społeczną „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.”. Postanowiłam pójść o krok dalej i rozpocząć wydawanie dwumiesięcznika „Twarze depresji”, który będzie bezpłatnie rozdawanych na ulicach miast – na początku w Warszawie.

Profesjonalnie wydaną i dobrze napisaną gazetę dostaną osoby, które chcą zostać wolontariuszami Fundacji „Twarze depresji”. Do współpracy gorąco zapraszamy osoby dotknięte chorobami psychicznymi i każdego, kto chce do nas dołączyć. Gazeta będzie formą podziękowania za wsparcie naszych działań. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy rozdaje serduszka, a my – gazetę.

Co istotne! To, co wolontariusz zbierze do puszki (w ramach ogłoszonej przez naszą Fundację zbiórki publicznej), będzie mu wypłacane przez Fundację jako pomoc finansowa. Dzięki temu będzie „wypracowywał” sobie środki na kosztowaną psychoterapię i leczenie.

Co bardzo cieszy, naszymi wolontariuszami chcą być również uczniowie warszawskich szkół i pracownicy warszawskich firm. Dzięki ich zaangażowaniu w zbiórkę pieniędzy możliwa będzie nasza dalsza działalność edukacyjna i wydawanie kolejnych numerów naszej gazety, by mogła być dostępna bezpłatnie.

Magazyn będzie też dostępny w prestiżowych lokalizacjach w Warszawie, m.in. w księgarni „Psyche” na Uniwersytecie SWPS w Warszawie, „Big Book Cafe”, czy na planie serialu „Na Wspólnej”, gdzie występuje nasza ambasadorka Bożena Dykiel.

 

Będziemy zaszczyceni, jeśli zechcecie dołączyć do naszej ekipy zmieniającej myślenie Polaków o osobach dotkniętych depresją.

5. Mówię o tym głośno

Często zadawano mi pytanie: „Dlaczego przyznałeś się do depresji, co więcej – zgodziłeś się być ambasadorem kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.”?”.

Odpowiedź jest prosta: dlatego, że dopadła mnie ta choroba. I po pewnym czasie spostrzegłem, że dla wielu ludzi jest to choroba wstydliwa. Nikt nie ukrywa, że idzie do szpitala, bo mają mu ciąć żołądek, czy składać złamane kości, ale iść do szpitala psychiatrycznego, to już nie wypada. Lepiej ukrywać, nikomu nic nie mówić, cicho-sza! I cierpieć w samotności…

Otóż – nie! Depresji nie powinno się chować w czterech ścianach. Trzeba o niej mówić, a już dobrze usłyszeć, że cierpią na nią ludzie znani.To poprawia samopoczucie: patrz, nie tylko ja, ale też ten znany aktor, sportowiec, czy dziennikarz. Jeśli on się nie wstydzi, to co ja mam się chować? Bo przecież depresja, choroba podstępna, groźna, odbierająca nieraz chęć do życia, jest do uleczenia.

Justyna Kowalczyk, nasza multimedalistka, w wywiadzie prasowym przyznała się, że cierpi na depresję:

„W Finlandii podszedł do mnie Rosjanin i powiedział, że moje wyznanie uratowało mu życie. Jeśli ja – taka silna, posąg wręcz, niezniszczalna – też borykam się z takimi problemami, to on też może walczyć i wyjść na prostą. Doskonale znam te mechanizmy. Gdy byłam chora, starałam się patrzeć na bardzo mocne osobowości. Szukałam wzorów. Poza tym, publiczne wyznanie mnie uczłowieczyło. Ludzie dostrzegli we mnie człowieka, a nie maszynę do zdobywania medali.”.

Ralph Kamiński skończył akademię muzyczną. Jest znanym wokalistą i zachorował na depresję chwilę po premierze pierwszej płyty:

„To była cena za walkę o to, by funkcjonować na scenie, wydać płytę. Depresja to żaden wstyd. Ja się nie wstydzę. Może dzięki mojej piosence ktoś, kto jej doświadczył albo doświadcza, poczuje się mniej sam. I że wszystko będzie dobrze, chociaż wiem, jak idiotycznie i banalnie to brzmi. Tylko, że to prawda. Wszystko będzie dobrze.”.

Czuję podobnie, dlatego o tym głośno mówię.

 

4. Kończą się zawody, gaśnie światło i sportowiec zostaje sam

Marek Plawgo – multimedalista w lekkoatletyce, m.in. dwukrotny brązowy medalista mistrzostw świata. Wybitny sportowiec w biegu na 400 metrów przez płotki. W Polsce rekord na tym dystansie do dziś należy do niego. Po zakończeniu kariery sportowej zachorował na depresję. Jest ambasadorem kampanii społecznej „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.”.

Lekkoatleta Marek Plawgo po raz pierwszy postanowił opowiedzieć nam o tym, co wydarzyło się w jego życiu, że zachorował na depresję. Rozmawiała z nim Anna Morawska-Borowiec.

 


 

Anna Morawska-Borowiec: Kilka miesięcy temu zadzwoniłam do Pana z propozycją, by został Pan ambasadorem kampanii społecznej „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.”. Długo się Pan wahał…

Marek Plawgo: To był taki moment, kiedy jeszcze próbowałem walczyć ze świadomością, że mam depresję. Spodziewałem się, że to jest kwestia kilku tygodni, po których z tego po prostu wyjdę. Ponadto trudno mi było też przyjąć diagnozę: depresja. I mówić o tej chorobie publicznie. Bałem się stygmatyzacji.

Wprawdzie upubliczniłem na portalu społecznościowym informację o mojej chorobie, ale chciałem o tym więcej nie mówić. Planowałem zostawić po sobie spuściznę sportową, a nie tę związaną z depresją. Chciałem, żeby ludzie utożsamiali mnie z wynikami na bieżni, a nie z walką z chorobą, dlatego mocno się wahałem, czy zostać ambasadorem kampanii. Ale przyjąłem Pani propozycję kilka tygodni później, bo otrzymałem mnóstwo wsparcia od ludzi, którzy przeczytali moją wcześniejszą wiadomość o tym, że zmagam się z depresją. Wiele osób mi podziękowało. Zgłaszały się do mnie obce osoby i zauważyłem, że ja w tym momencie nie jestem ważny. Jeżeli mogę pomóc chociaż jednej osobie, to jest nieważne, że zapłacę swoją cenę i przypiszę do siebie taką stałą łatkę, że jestem człowiekiem chorym na depresję. To mały koszt przy tym, że mogę komuś pomóc i poprawić jego życie. Wsparcie chociażby dla jednej osoby ma sens i jest dla mnie taką wartością, która sprawiła, że zostałem ambasadorem kampanii społecznej „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.”.

 

Autor © Adam Nurkiewicz

AMB: Bardzo dziękujemy za Pana zaangażowanie…

MP: Zadzwoniła do mnie Pani na początku 2019 roku, kiedy byłem jeszcze w trudnym stanie. 9. edycja kampanii miała ruszyć 1 października 2019 roku. Wydawało mi się, że do tego czasu nie będę miał z depresją już żadnych problemów i będę miał dystans do tej choroby. Tu nie miałem racji. Okazało się, że walka z depresją jest dłuższa. Dziś jestem też ambasadorem 10. edycji kampanii i mój bilans, czy dobrze zrobiłem, jest absolutnie pozytywny. Dobry oddźwięk przerósł moje oczekiwania. Otworzyłem oczy i zrozumiałem dużo ważnych rzeczy.

Depresja jest chorobą samotników. Mało kto się dzieli swoimi doświadczeniami. To się okazało prawdą, gdy zaczęły kontaktować się ze mną osoby z mojego najbliższego otoczenia. Takie, które zmagały się z tą chorobą nawet dłużej niż ja, ale nigdy o tym nikomu nie mówiły. Nigdy nie zaczęły się leczyć. Dając przykład, że można z tego wychodzić, że można czuć się lepiej, chcę zainspirować też najbliższych, którzy nadal ukrywają bardzo mocno swój stan.

Depresja jest chorobą bardzo powszechną i bardzo mi zależy na tym, żeby zdjąć z niej stygmat. Każdy już zna kogoś, kto zmaga się z depresją. Jeśli nie zna, to oznacza, że ta osoba z najbliższego otoczenia jeszcze się do tego nie przyznała.

AMB: Myślał Pan, że do jesieni depresja sama minie. Czy tak się stało, czy jednak sięgnął Pan po profesjonalną pomoc?

MP: Absolutnie nie minęła i nie byłoby to możliwe bez profesjonalnej pomocy. Farmakologia i wsparcie psychologiczne były nieocenione. I mówię to z pełnym przekonaniem na własnym przykładzie. W moim przypadku pomogła terapia poznawczo-behawioralna. Dała mi doskonałe narzędzia, żeby w krótkim czasie zmienić złe schematy myślowe. Uważałem, że wszystko jest beznadziejne. Podczas terapii nauczyłem się radzić sobie z codziennym stresem. Oczywiście oprócz tego, cały czas brałem leki antydepresyjne. Po wielu miesiącach leczenia moje samopoczucie jest znacznie lepsze i wciąż się poprawia, ale zanim pojawiły się pierwsze pozytywne efekty, minęło dużo czasu.

Dziś wiem, że jesień była zbyt optymistycznym terminem na zakończenie leczenia, ale do tego sposobu myślenia przyzwyczaił mnie sport. Miałem cel i krótki termin do jego osiągnięcia. Tak przygotowywałem się z powodzeniem do największych światowych imprez. Teraz okazało się, że trafiłem na depresję – najtrudniejszego rywala, z którym mam do czynienia.

 

Autor © Adam Nurkiewicz

 

AMB: Jakie objawy dała u Pana depresja?

MP: To następowało… To nie jest tak, że rano człowiek wstał, złapał przeziębienie i nagle czuje się chory. U mnie następowało wycofanie społeczne. Przez dwadzieścia jeden lat sportowej kariery przebywałem cały czas w dużych grupach. Na zgrupowaniach było nawet po dwieście osób. Cały czas otaczali mnie ludzie. Rzadko miałem okazję być samemu. To powodowało, że czułem się dobrze. Człowiek nie miał czasu na zastanowienie się nad sobą. Po prostu był szczęśliwy.

Po zakończeniu kariery starałem się utrzymywać znajomości, ale z czasem nastąpił regres. Coraz częściej zdarzało mi się odmawiać wspólnego wyjścia do kina, czy wyjazdu w góry. Wolałem zostać sam w domu. Wydawało mi się, że w czterech ścianach odczuwam spokój, a w towarzystwie – niepokój, bo pojawiły się u mnie trudności komunikacyjne. To następowało z czasem. Ostatnie trzy czy cztery lata w moim życiu były kluczowe dla rozwoju depresji. Dołożyły się do niej niepowodzenia w pracy, a później bardzo duże niepowodzenia w życiu prywatnym.

Nie byłem w stanie wyjść z domu, odbierać telefonu. Udawałem, że pracuję, nie robiąc absolutnie nic, bo nie byłem w stanie nawet ze zrozumieniem przeczytać dwu zdaniowego komunikatu. Najzwyczajniej w świecie uciekałem od wszystkiego, co powodowało u mnie jakikolwiek stres. Zamykałem się coraz bardziej w sobie aż wpadłem w taki stan, że nie byłem w stanie zrobić już absolutnie nic. I to nie trwało dzień, ani dwa, tylko miesiące. Zrozumiałem, że muszę sięgnąć po pomoc, bo sam już nie dam rady.

AMB: Mówił Pan o dużym stresie w pracy i relacji niepowodzeniu w życiu osobistym. Rozumiem, że te okoliczności przyczyniły się u Pana pogłębienia u Pana depresji?

MP: Tak… (cisza)

AMB: Nie musimy rozmawiać na ten temat, jeśli jest dla Pana zbyt bolesny.

MP: Praca, związek… Za chwilę o tym powiem… Uprawiałem sport, który nie podlegał subiektywnej ocenie. Ocena była obiektywna, bo stricte wynikała z czasu, który pojawiał się na linii mety. W moim przypadku udało się kilka razy zatrzymać ten zegar w takim momencie, który dawał mi duży powód do satysfakcji. Rekord Polski, czy medale mistrzostw świata były symbolem tego, że moje poczucie własnej wartości było bardzo wymierne.

AMB: Można by przypuszczać, że przy takich osiągnięciach podczas imprez na najwyższym światowym poziomie, nauczył się Pan perfekcyjnie panować na stresem.

MP: Tak, oczywiście. Sześćdziesiąt tysięcy osób siedziało na trybunach, a ja bez większego stresu robiłem swoje. W sporcie niepowodzeń jest znacznie więcej niż sukcesów, w większości przypadków – poza arcymistrzami. Gdy kończą się zawody, światło gaśnie i sportowiec zostaje sam… Po przegranej walce musi wyciągnąć wnioski. To jest wytarte stwierdzenie, ale jest w nim dużo prawdy.

Największe sukcesy osiągałem po swoich największych porażkach. Doskonale zbudowałem wtedy swoją pewność siebie, swoją siłę, która polegała na tym, że im było trudniej, tym łatwiej mobilizowałem się do walki. Więcej zasobów byłem w stanie z siebie wykrzesać po to, żeby dany cel osiągnąć. Do zawodów przygotowywałem się pod okiem psychologa i wtedy wszystko wydawało mi się proste. Byłem pewny, że dzięki sportowemu hartowi ducha reszta mojego życia będzie prosta, że mam w sobie siłę i jestem w stanie z wszystkich moich „narzędzi” korzystać.

Po zakończeniu kariery sportowej wypłynąłem na głęboką wodę zwykłej codzienności. W mojej pracy nie wszystko było już takie wymierne jak w sporcie. Często subiektywna ocena moich przełożonych była niezgodna z moim poczuciem własnej wartości, wykonanej pracy, zaangażowania, czy wyników. Pojawiła się toksyczna relacja na linii pracodawca-pracownik, która spowodowała, że zacząłem popadać w bardzo złe nastroje i tracić pewność siebie.

Przestałem radzić sobie ze stresem. Zaczęła pojawiać się obojętność, brak zaangażowania, apatia. Do tego wszystkiego doszły poważne problemy w życiu osobistym. Zdałem sobie sprawę, że stoję przed drzwiami z napisem „czterdziestka” i muszę je przekroczyć zupełnie sam. To wszystko spowodowało, że coś we mnie pękło, ulało się, wybuchło. Dręczyły mnie myśli, że w najbliższym czasie nie będę mieć rodziny ani dzieci, bo, żeby tak się stało, wiadomo, że trzeba kogoś poznać, zaufać, poświęcić czas. Kwestia mojego najbliższego potomka odkładała się na grubo po czterdziestce. Myślałem o tym, że moje dzieci będą mówiły do mnie „dziadku”, bo pełnoletniość osiągną, gdy będę miał sześćdziesiąt lat. Więc radości z ich wychowywania nie będę już miał takiej, jaką miałbym szansę mieć jako młody tata. Kumulacja wszystkich czarnych myśli spowodowała, że nie wytrzymam tego ciężaru.

 

fot. Fundacja „Twarze depresji”

AMB: Z perspektywy czasu, co Pana zdaniem przelało szalę goryczy?

MP: Myślę, że takim czynnikiem zapalnym były rzeczywiście niepowodzenia w życiu prywatnym. Konsekwencje emocjonalne tych wydarzeń były źródłem mojej depresji. Nagle prysło wiele moich marzeń i wizja prowadzenia modelowego życia zupełnie się rozmazała. Nie mogłem sobie z tym poradzić, a później to już była kula śniegowa. Każdy mały problem urastał do rangi niemożliwego do pokonania.

AMB: Pamięta Pan dokładnie ten dzień, kiedy zgłosił się po pomoc do lekarza psychiatry?

MP: Czułem się jak pies, który będzie cały czas bity kopany, będzie siedział z podkulonym ogonem aż w końcu ugryzie. To był taki moment, kiedy życie rzeczywiście bardzo mnie kopało, ale znalazłem w sobie siłę i wiedziałem, że muszę coś z tym zrobić. Decyzja o wizycie u psychiatry była tego dnia szybka. Znalazłem stronę internetową z kliniką, która zajmuje się pomocą psychiatryczno-psychologiczną z rejestracją on-line. Podjąłem decyzję. Kliknąłem. Zarejestrowałem się i czterdzieści minut później byłem w gabinecie. Wiem, że tylko w ten sposób mogłem ten krok wykonać, bo dla mnie pójcie do psychiatry było rzuceniem białego ręcznika na ring. Myślałem o tym w kategoriach, że się poddaję. Zawsze chciałem osiągać wszystko sam – tak jak w sporcie. I nagle doszedłem do wniosku, że sam nie dam rady. To było niezwykle trudne, żeby pogodzić się z tą myślą i jednak sięgnąć po pomoc lekarza.

Ten dzień był dla mnie rzeczywiście trudny. Nie wiedziałem, czego się spodziewać w tym gabinecie. Czy będę musiał leżeć na kozetce? Czy będę siedzieć? O co psychiatra będzie mnie pytał? Miałem mnóstwo pytań i wątpliwości. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego ta wizyta trwa tylko 30 minut. Przecież w tak krótkim czasie nikt mi nie pomoże. Nawet nie zdążę opowiedzieć, co się wydarzyło i jak się czuję.

Okazało się, że nie trzeba było się bać. Lekarz w gabinecie, wiedząc, że przyszedłem pierwszy raz, doskonale się zachował. Jasno opisał proces, który mnie czeka. Choć było to dla mnie przerażające, to zacząłem rozumieć, na czym polega leczenie depresji. To był bardzo ważny pierwszy krok do podjęcia walki z tą chorobą. Wcześniej nie miałem pojęcia o istnieniu depresji. W moim środowisku nikt o tym nie mówił.

AMB: Nikt z Pana znajomych wtedy nie mówił, ale to nie znaczy, że nie chorował. Co najmniej co dziesiąta osoba choruje na depresję. Ta choroba bez wątpienia nie omija sportowców.

MP: Rzeczywiście sportowcy zaczęli się teraz ujawniać, ale nadal pokutuje przekonanie, że nie przystoi o tym mówić. Wizerunek sportowca jest jednoznaczny – ma być herosem i radzić sobie absolutnie ze wszystkim. W znakomitej większości przypadków tak jest, bo w sporcie słabsze jednostki po prostu nie osiągają sukcesów. Dlatego jeszcze trudniej jest sobie uzmysłowić, że skoro ja wygrywam, a więc nie jestem „słabszą jednostką”, to dlaczego mam iść po pomoc do lekarza psychiatry.

Jako sportowiec myślałem, że wizyta u tego lekarza jest oznaką przegranej i słabości. Przekraczając drzwi do psychiatry czułem jakbym tracił cnotę, że wydarzyło się coś „na zawsze”, nie odwracalnego. Teraz już tak nie myślę i absolutnie nie żałuję swojej decyzji. Wyszedłem od lekarza uspokojony, z receptą i wiedzą, co dalej robić.

 

fot. archiwum rodzinne

 

AMB: Czy po wyjściu od lekarza od razu powiedział Pan o tym komuś bliskiemu?

MP: Nie, byłem z tym sam. Potrzebowałem kilku dni zanim powiedziałem najbliższym osobom, że byłem u psychiatry i biorę leki.

AMB: I jak się zachowali? Byli dla Pana wsparciem?

MP: Wzbudziło to swojego rodzaju podziw. Były to osoby, które mnie doskonale znały. Nie spodziewały się, że kiedykolwiek będę w stanie to zrobić. Pogratulowały dobrego kroku i powiedziały, że będą mnie w tym wspierać. Zachowały się bardzo dojrzale. Minęło dużo czasu zanim poszerzyłem krąg znajomych, którym powiedziałem o moim leczeniu. Dziś wiem, że warto o tym mówić. Przyniosło mi to przychód w postaci poprawy relacji, lepszego zrozumienia i zrzucało ze mnie ciężar udawania, że wszystko jest w porządku.

Przez bardzo długi czas musiałem nosić maskę. W środowisku lekkoatletów jestem jedynym sportowcem, który powiedział o swojej walce z depresją, ale już wiem, że nie jestem jedynym. Jest mnóstwo sportowców, którzy dalej walczą z chorobą w samotności i nie mają siły, by coś z tym zrobić.

AMB: Rozumiem, że ma Pan duże wsparcie ze strony przyjaciół i w tym sensie nie jest sam. Jak oni się zachowywali w tych najtrudniejszych dla Pana chwilach? Czy dobijali się do drzwi, czy tylko byli gdzieś blisko i dodawali w ten sposób otuchy?

MP: Można powiedzieć, że depresja przewartościowała strukturę moich znajomych. Mówiąc językiem sportowym: ci z ławki rezerwowej weszli na boisko. Pojawili się też zupełnie nowi gracze. Niektóre osoby z drugiego, trzeciego rzędu nagle znalazły się dużo bliżej i bezinteresownie mi pomagały. Mam w sobie dla nich ogromną wdzięczność. Ludzie, którzy wcześniej nie byli przy mnie bardzo blisko, wyciągnęli mnie za fraki z tej choroby i z jej najtrudniejszego stadium.

AMB: A jak rodzice zareagowali, gdy powiedział im Pan, że choruje i leczy się na depresję?

MP: Dla rodziców to było szokujące. Długo nie potrafiłem im o tym powiedzieć. Bałem się reakcji, że mama stanie się nadopiekuńcza i wprowadzi do mojego życia jeszcze więcej zamętu, a ja potrzebowałem spokoju i normalności. Uważałem, że mama nie będzie w stanie tego dźwignąć. Z kolei z tatą mogę porozmawiać na każdy temat tylko nie o uczuciach. Takie przemyślenia spowodowały, że ostatecznie rodzice dowiedzieli się o mojej chorobie… z Internetu.

Na początku ustaliliśmy, że nie będziemy się kontaktować przez trzy miesiące. Potrzebowałem tego czasu, bo wiedziałem, że w terapii zaczął się najtrudniejszy dla mnie okres. Rodzice bardzo przeżyli moją decyzję, ale musiałem tak zrobić, bo po prostu bardzo tego czasu potrzebowałem. Nie chciałem dokładać sobie żadnych dodatkowych trudności w najgorszym okresie leczenia.

Po tym czasie udało mi się namówić mamę, żeby też sięgnęła po pomoc specjalisty. Cieszę się, bo udało nam się bardzo poprawić relację. Szczególnie kontakty z mamą nabrały nowego wymiaru, bardziej emocjonalnego – mniej powierzchownego. Dzięki terapii łatwiej było mi rozmawiać z nią o pewnych trudnościach. Bardzo się od tego momentu zbliżyliśmy. To jest największy zysk, jaki przyniosła mi depresja.

 

Autor © Adam Nurkiewicz

 

AMB: Co jeszcze w walce z depresją było dla Pana wyzwaniem?

MP: Po zakończeniu relacji najtrudniejszy był brak wsparcia z „pierwszej linii”, czyli kogoś, kto po prostu będzie w domu codziennie i nawet, jeśli nie będzie mnie wspierał, to po prostu będzie obok. Od kiedy moje życie osobiste się posypało, mieszkam we Wrocławiu sam. I ta samotność mnie pogrążała. Moje drzwi były i są otwarte, ale nie wchodził przez nie nikt, na kim by mi bardzo zależało, żeby wszedł i już został, z kim bym się dobrze czuł.

Ponadto moja produktywność w pracy spadła niemalże do zera. Rzeczy, które wcześniej robiłem w piętnaście minut, teraz zajmowały mi kilka dni. Później nie byłem już w stanie niczego wykonać. Nie odbierałem telefonów. Nie było ze mną w ogóle kontaktu nawet przez trzy tygodnie. W rozwoju depresji pomagało też to, że jestem freelancerem, pracuję zdalnie z domu. Nie musiałem przyjść do biura, zameldować się i przynajmniej poudawać, że coś robię. Mogłem w ogóle nie otwierać komputera i zniknąć z radaru. To paradoksalnie nakręcało u mnie jeszcze większą spiralę stresu. Wpadłem jak chomik do kołowrotka i nie byłem w stanie z tego wyjść. Zdawałem sobie sprawę, że za chwilę moje problemy się powiększą. Czułem, że po zakończeniu pewnego etapu w życiu prywatnym, zakończy się też pewien etap w życiu zawodowym. Wiedziałem, że jeśli do naczynia, z którego już się ulewa, wpadnie jeszcze zakończenie pracy, to już będzie koniec. Resztkami rozsądku próbowałem z tym walczyć, ale to było najtrudniejsze.

AMB: Czy dobrze rozumiem, że miał Pan myśli samobójcze? Pytam wprost, bo o to osobę zmagającą się z depresją należy pytać wprost.

MP: Tak, miałem. Myśli samobójcze zaczęły się u mnie pojawiać, kiedy już rozpocząłem leczenie i terapię.

AMB: Jak poradził Pan sobie z myślami samobójczymi, będąc zupełnie sam w czterech ścianach piekła depresji? Czy ktoś zjawił się jednak w Pana drzwiach w odpowiednim momencie?

MP: Rzeczywiście ktoś wyczuł ten dzień. Ktoś, kto mieszka w Krakowie. Wisiał ze mną przez godzinę na telefonie i nie pozwolił, żebym był sam. Ktoś „z drugiego” rzędu wszedł na moje boisko i przyjął pierwszoplanową rolę. Ktoś, po kim się tego nie spodziewałem.

AMB: To była rozmowa na wagę życia?

MP: Można tak powiedzieć. Dziś jestem bardzo wdzięczny za ten telefon. Teraz, kiedy już czuję się lepiej, ta relacja wróciła do poprzedniego stanu. To znaczy pytamy się siebie raz na jakiś czas, co u kogo słychać. Ale wtedy, kiedy najbardziej potrzebowałem pomocy, ta osoba była codziennie.

AMB: W Pana przypadku pomogła czyjaś intuicja i wrażliwość. Inni być może nie potrafili czytać w myślach i interpretować gestów. Jak rozmawiać z osobą chorującą na depresję? Czego Pan oczekiwał?

MP: Oczekiwałem normalności, a nie stygmatyzacji. Nie miałem normalności wtedy, kiedy musiałem udawać i zakładać maskę. Kiedy już powiedziałem, że choruję na depresję, oczekiwałem zaakceptowania tej sytuacji przez innych i zrozumienia, że czasami mogę czuć się gorzej. Ale nie chciałem, żeby ktokolwiek się nade mną użalał i mówił, jak mam trudno. Takich rozmów unikałem.

Ważne były dla mnie propozycje bliskich, żeby pojechać razem na narty, pójść do kina i pokazywanie, że życie toczy się dalej, a ja jestem wciąż częścią społeczności, którą wokół siebie zbudowałem. Z kolei od najbliższych oczekiwałem wsparcia, miłości, a nie pytań o historię choroby. Najważniejsze, żeby po prostu ktoś bliski był, żeby nie czuć się tak strasznie samotnym. Dzięki drobnemu codziennemu wsparciu krok po kroku odnajdywałem stabilizację.

 

fot. Fundacja „Twarze depresji”

 

AMB: Czy widzi Pan już promienie słońca w swoim życiu?

MP: Tak. Zrozumiałem porównanie depresji do cukrzycy, którą ma się przez całe życie. Wiem, że u mnie jest tak samo. Kiedy widzę osoby, które chodzą z gleukometrem i urządzeniem do robienia zastrzyków z insuliny, a prowadzą normalne życie, to zaczynam wierzyć w to, że z depresją tak samo da się żyć. Zaakceptowałem fakt, że jestem podatny na stres. Nawet w momencie, kiedy czuję się już dobrze, małe sytuacje stresowe potrafią siać we mnie spustoszenie, więc od razu sięgam po jakieś narzędzia i próbuję z tym walczyć. Czasami to trwa krócej, czasami dłużej, ale już wiem, że dostałem depresję na całe życie. Nawet jeśli jest teraz lepiej, to nie czuję się zupełnie bezpiecznie i nie do zniszczenia, jak czułem się, gdy uprawiałem sport. Na początku terapii bardzo mi się to nie podobało i wypierałem te myśli. Teraz już się z tym pogodziłem, że ta choroba jest w moim życiu. Przestałem ciągle o tym myśleć i to analizować, dlatego jest mi już łatwiej przez to przechodzić.

Po pół roku życia w mroku i siedzenia w ciemnej jaskini nagle dostrzegłem promień słońca. Jadąc samochodem, w którym spędzam bardzo dużo czasu, usłyszałem w radiu piosenkę, która przywołała bardzo fajne wspomnienia. Uśmiechnąłem się do siebie. Spojrzałem w lusterko i zobaczyłem piękny zachód słońca. Powiedziałem na głos: „Boże, jak jest pięknie!”. Zatrzymałem się wtedy, bo dotarło do mnie, że nie odczuwałem tak pozytywnych emocji od wielu miesięcy. Mój dobry stan oczywiście przeplata się z gorszymi dniami, melancholią, problemami z radzeniem sobie ze stresem, ale wiem, że znów potrafię poczuć coś pozytywnego i jestem na dobrej drodze. Słucham dużo muzyki i odnajduję w niej przyjemność. Mam nadzieję, że wyszedłem na ostatnią prostą. Nie jest to wyleczenie, ale nauka normalnego życia mimo depresji.

AMB: A jak Pana pracodawca zareagował na wiadomość, że zmaga się Pan z depresją?

MP: To było dla mnie trudne. Czułem się jak aktor przed premierą, który stoi za kurtyną, ma za chwilę wykonać swój najważniejszy akt i nie wie, jak przyjmie go publiczność. Taki stres czułem, bo wiedziałem, że jednak w oczach pracodawcy podlegam ocenie i nie mam na nią wpływu. Okazało się, że wsparcie, które otrzymałem zarówno w mojej agencji, jak i w firmie, dla której pracuję, było niesamowite. Od razu zostałem skierowany do innych pracowników, którzy też chorują na depresję, ale nie ujawniają się z tym publicznie, żeby móc skorzystać z ich doświadczenia. Ponadto bezpośredni przełożeni zapewnili mi dodatkową osobę, która czuwała nad tym, żebym wykonywał pracę. Można powiedzieć, że dostałem Anioła Stróża. Czasami machał na mnie kijem, ale w większości przypadków pomagał mi, kiedy czułem, że nie daję rady. Bałem się, bo przez moją agencję przechodzą nie małe pieniądze, które płaci korporacja i w każdej chwili może ona zakończyć współpracę. Bałem się, że moi przełożeni pomyślą, że nie jestem w stanie wykonywać pracy rzetelnie i panować nad obowiązkami. Jeśli taka rozmowa miała miejsce, to poza moimi plecami i do mnie nie dotarła. Dla mnie mój pracodawca zachował się na najwyższym poziomie profesjonalizmu.

 

Autor © Adam Nurkiewicz

 

AMB: Do naszej Fundacji „Twarze depresji” zgłasza się mnóstwo ludzi, którzy dziękują za to, że jest Pan ambasadorem kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję.”. I za to, że tak otwarcie mówi Pan o swojej walce z chorobą. Co chciałby Pan im powiedzieć, szczególnie tym osobom, które chorują na depresję, a jeszcze się nie leczą?

MP: Odwagi! I determinacji, chociaż z determinacją jest trochę trudniej, bo trzeba znaleźć na nią siłę. Trzeba wyjść ze strefy niemocy, w której zawsze łatwiej jest pozostać. Trzymam kciuki za wszystkie te osoby i proszę, żeby zrobiły na początek jeden mały krok w kierunku podjęcia leczenia. Ten krok będzie ciężki. Kolejny też nie będzie łatwy, ale trzeba iść do przodu krok po kroku. Najważniejsze jest odnalezienie w sobie siły, żeby pójść do lekarza psychiatry i do psychologa. Później jest o tyle prościej, że terapeuta wyznacza kolejny termin. Najważniejszy w leczeniu jest czas. Niczego nie przyśpieszymy, ale jeśli się zatrzymamy, to wydłużamy proces zdrowienia. Trzeba iść krok za krokiem pod okiem specjalistów i odważnie mówić wprost o depresji. Ja się tego na początku najbardziej obawiałem, a okazało się dla mnie zbawienne w całym kontekście leczenia. Jeśli moja historia pomoże chociaż jednej osobie zmagającej się z depresją w podjęciu decyzji o rozpoczęciu leczenia, to bez wątpienia warto było o tym opowiedzieć publicznie.

AMB: Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcie tytułowe: Adam Nurkiewicz